Aiden wyszedł z sali chemicznej, przecierając oczy jakby właśnie wrócił z innej rzeczywistości. Stanął na środku korytarza, wzdychając:
– Zanim znajdę ten cholerny kibel, pewnie już będę na studiach...
Rozejrzał się niepewnie. Przez dłuższą chwilę stał, jakby utknął między wymiarem zagubienia a desperacją. W końcu namierzył wysokiego gościa w kapturze, z głośną muzyką lecącą ze słuchawek. Pomyślał tylko jedno: byle nie jakiś psychol.
Podbiegł i puknął chłopaka w ramię.
– Wiesz może, w którą stronę jest kibel?
Gość zdjął słuchawki i spojrzał na niego z lekkim uśmiechem.
– Coś mówiłaś?
Aiden lekko się skrzywił.
– Jestem chłopakiem.
– Czekaj, serio? – Zaśmiał się. – Spokojnie, żartuję. Wiem. No, to chodź, zaprowadzę cię. Ej, żyjesz?
– Tak, sorry – Aiden ocknął się, jakby go zresetowało.
Wspólnie ruszyli schodami na trzecie piętro.
– A tak w ogóle – zagadnął Aiden – jak się nazywasz? I do której klasy chodzisz?
– Rzadko ktoś ze mną rozmawia – przyznał chłopak. – Ale skoro pytasz… Rodrick. Jestem w drugiej, wiem, wyglądam na starszego.
Doszli do korytarza prowadzącego do łazienek.
– Wprost i w lewo, ogarniesz – powiedział Rodrick.
– Dzięki! – rzucił Aiden, już się oddalając.
Nagle – BAM! – wpadł na kogoś za zakrętem i wywalił się jak długi, gubiąc okulary. Gdy spojrzał w górę, zobaczył znajomą twarz.
– Aiden, żyjesz? – zapytał Midas, pochylając się.
– A wyglądam na martwego?
– No nie…
Midas pomógł mu wstać i podał okulary. Aiden szybko ogarnął się w łazience – włosy, okulary, odrobina dumy. Szczegóły oszczędźmy. Po kilku minutach wyszedł z kabiny, spojrzał przez okno i...
– KURWAAA... – krzyknął, widząc oddalający się autobus.
Rzucił się pędem przez korytarz, sturlał się po schodach na drugim piętrze i, leżąc na ziemi, westchnął:
– Dobra, i tak już nie zdążę...
Wyszedł ze szkoły, wyjął telefon – ekran pęknięty jak jego cierpliwość.
– Co mnie jeszcze dziś dobije...
Włączył GPS. Ku jego zdziwieniu, prowadził go przez jakąś ciemną alejkę. Z każdym krokiem miał gorsze przeczucia. W końcu zauważył faceta siedzącego na ziemi z igłą w ręce.
To nie wróży dobrze...
Typ podniósł się z dzikim śmiechem, z oczami czerwonymi jak piekło. Zaczął iść, potem biec w stronę Aidena, przewracając kartony, sapiąc jak opętany.
Aiden ruszył przed siebie. Wybiegł na ulicę. W tym momencie obok niego z piskiem opon zatrzymał się... van.
Drzwi się otworzyły.
– WSIADAJ! – krzyknął Rodrick zza kierownicy.
Aiden wskoczył do środka bez namysłu.
– Dzięki. Gdzie jedziemy?
– Do mojego brata. Niedaleko. Widziałem na twoim GPS, że masz jeszcze spory kawałek do domu.
Aiden padł na kanapę w tyle vana.
– Po co ci w ogóle ten van?
Rodrick spojrzał w lusterko i uśmiechnął się.
– A wiesz… jakoś trzeba zarabiać. Gitara basowa się sama nie wniesie.
Aiden rozłożył się wygodnie na kanapie z tyłu vana, czując jak napięcie powoli z niego schodzi. Głowę oparł o szybę, obserwując migające za nią latarnie. Cisza w środku pojazdu była przyjemna, przerywana jedynie lekkim brzęczeniem głośników, z których sączyło się jakieś oldschoolowe, surowe brzmienie basu.
– To ty grasz? – zapytał Aiden, wskazując na czarną gitarę basową stojącą obok siedzenia kierowcy.
Rodrick spojrzał w lusterko, lekko się uśmiechając.
– Mhm. Tylko tak hobbystycznie. Chociaż... może kiedyś więcej – mruknął, skręcając w boczną ulicę.
Wan zatrzymał się przy starej kamienicy. Światło nad wejściem migało jakby miało zaraz paść. Rodrick zaciągnął ręczny, wysiadł i otworzył boczne drzwi.
– Chodź. Mój brat i tak gdzieś w trasie, więc dom masz na razie tylko ze mną.
Aiden zeskoczył na chodnik.
W środku panował lekki bałagan – pudła z kablami, wzmacniacze, kilka porozrzucanych okładek płyt. Pachniało kurzem, starym winylem i... kawą.
Rodrick rzucił torbę na podłogę i usiadł na podłodze, opierając się plecami o ścianę.
– Tu możesz się kimnąć. Rano ogarniemy ci transport – rzucił, sięgając po jakiś notatnik zapisany tekstami piosenek.
Aiden usiadł powoli, patrząc na ściany obklejone plakatami i zdjęciami zespołów, z których znał może dwa. W pewnym momencie, ciszę przerwał dźwięk telefonu. Rodrick spojrzał na ekran i westchnął.
– Muszę coś załatwić, ale to nie potrwa długo. Tylko nie otwieraj nikomu, dobra?
– Jasne – odpowiedział Aiden, chociaż coś w tonie głosu Rodrigka nie dawało mu spokoju.
Drzwi trzasnęły. Aiden został sam. Spojrzał na gitarę stojącą przy wzmacniaczu. Podeszła go myśl, że może ta szkoła wcale nie będzie taka zła… Ale wtedy znów usłyszał coś niepokojącego – ciche stukanie w szybę.
Zamarł. I wtedy znów – stuk, stuk.
Nie brzmiało jak wiatr. Brzmiało... jak paznokcie.
Sala amatorów opowiada o szkole w której każdy odkrywa swoją moc tylko nie każdy potrafi jej używać lecz jest jeden wyjątek zwany aiden chociaż szkoła bardziej przypomina tani film comedy niż serio budynek to najszybciej nauczycsz się tam jak przeżyć
Comments (0)
See all