Wieczór zapadł szybciej, niż Aiden się tego spodziewał. Ciemność za oknem przypominała gęsty atrament, który zdawał się powoli wlewać do pokoju. Siedział na prowizorycznym łóżku – cienkim kocu rzuconym na dywan – i wpatrywał się w ekran pękniętego telefonu, dogorywającego na ostatnich procentach baterii.
W domu Rodricka panowała dziwna cisza. Zbyt cicha jak na gościa, który wyglądał, jakby miał w każdej chwili założyć punkowy zespół, rzucić szkołę i odpalić race pod komisariatem.
Aiden z westchnieniem podniósł się i podszedł do okna. Zamyślił się, patrząc na przygaszone światła ulicznych latarni, gdy nagle… coś się poruszyło. Cień. Sylwetka. Ktoś.
Zamarł.
Wpatrzony w szybę dostrzegł postać – starego, zgarbionego mężczyznę z brodą i znajomym spojrzeniem. Było coś absurdalnie znajomego w tej twarzy, mimo że pokrywały ją głębokie zmarszczki.
Powoli otworzył okno.
– Czego mnie straszysz? – mruknął.
Starzec uśmiechnął się szeroko i odpowiedział śmiejąc się:
– Gdybyś tylko widział to, co ja...
To był Rodrick. Znowu. Tylko… dużo starszy.
Aiden, bez większego namysłu, trzasnął oknem, strącając Rodricka w krzaki pod budynkiem. Gdzieś z dołu dobiegło:
– Pierdol się!
Po piętnastu minutach drzwi do pokoju otworzyły się z hukiem.
– Bo stary to po schodach nie wejdzie niby – mruknął Rodrick, tym razem już znacznie młodszy, choć nadal z lekkimi siwymi pasmami we włosach.
Aiden nie mógł powstrzymać uśmiechu.
– Gdzie mogę spać? – zapytał.
– Na dywanie… A tak serio to zaraz skołuję ci jakiś materac albo coś – rzucił Rodrick, wychodząc w stronę strychu.
Nie minęła minuta, gdy znów ktoś zapukał do okna. Aiden przewrócił oczami.
– Jeszcze raz ty, to cię spuszczę na łeb – burknął pod nosem, otwierając okno.
Nikogo nie zobaczył. Przez chwilę myślał, że mu się przewidziało, ale wtedy… z mroku wyłoniła się dziwna postać i jednym susem wpadła przez okno do pokoju. Był to bardzo chudy chłopak – niemal kościotrup – w czarno-białej koszulce. Aiden cofnął się instynktownie.
– Albo mieszka na ulicy, albo od roku nic nie jadł – pomyślał.
Postać obróciła się z dźwiękiem przypominającym pękające gałęzie.
– Ta... Mów mi Varu Jasuno.
Nastała niezręczna cisza, którą Varu sam przerwał:
– Chcesz coś zobaczyć? Uprzedzam, nie przestrasz się.
Podwinął koszulkę, odsłaniając coś niepokojącego. W jego klatce piersiowej była dziura, a pod skórą pulsowała czarna krew. Było to przerażające i hipnotyzujące zarazem.
– Co do... – Aiden nie mógł oderwać wzroku.
Varu miał dar – „moc czarnej krwi” – jedno z dziedzictw upadłych bogów. Ta moc dawała niemal nieśmiertelność i ekstremalną regenerację, ale odbierała masę ciała, przez co Varu ważył może tyle co paczka chipsów. Był prawie przezroczysty, blady jak kartka papieru i wrażliwy na ogień. Jak na ironię – niemal niezniszczalny, a jednocześnie kruchego zdrowia.
Aiden próbował się otrząsnąć.
– A Rodrick? – zapytał Varu.
– Poszedł po materac. – Aiden wzruszył ramionami.
Obaj usiedli na zniszczonej kanapie, rozciągnięci jak duchy po dziwacznym dniu. Wciąż nie wiedzieli, że tej nocy nie będą spali ani chwili.
Uprzedze cię że zrobię kontynuację jeszcze tego epizodu wstawiam go po prostu bo długo mnie nie było więc jeszcze troszkę se poczekasz ale sprawdź za parę dni czy coś cię nie ominęło
Sala amatorów opowiada o szkole w której każdy odkrywa swoją moc tylko nie każdy potrafi jej używać lecz jest jeden wyjątek zwany aiden chociaż szkoła bardziej przypomina tani film comedy niż serio budynek to najszybciej nauczycsz się tam jak przeżyć
Comments (0)
See all