1.1 – Rozdzielenie
(Zmiana pierwszej osoby na Lytie)
Powoli otworzyłam oczy i dostrzegłam, że znajduje się w czarnej pustce.
Nie była to zwykła nocna ciemność, ale coś znacznie bardziej niepokojącego. Przestrzeń wokół mnie była pozbawiona granic, kształtów, czegokolwiek, co nadawałoby temu miejscu sens. Niebo? Ściany? Podłoga? Nic takiego nie istniało. Wszystko przypominało pustkę – absolutną, pochłaniającą każdą myśl i każdy dźwięk.
A jednak… nie jestem tu sama.
Naprzeciwko mnie siedział chłopak. Wpatrywał się we mnie uważnie, jakby oceniał każdy mój ruch, choć ja sama nie wiedziałam, co powinnam zrobić.
Miał białe włosy – krótkie z przodu, ale z tyłu spięte. Jego oczy, błyszczące w tej nieskończonej ciemności, miały intensywną, żółtą barwę.
Kogoś mi on przypomina…
Zmarszczyłam brwi. Skąd to uczucie? Dlaczego mam wrażenie, że go znam?
— Nie musisz się martwić — odezwał się spokojnym, lekko zakłopotanym tonem. — Na razie mnie nie kojarzysz i nie rozumiesz, co się z tobą stało, ale to normalne.
Nie odpowiedziałam.
— Nie mam czasu na długie wyjaśnienia, więc powiem wprost — kontynuował, biorąc głęboki oddech. — Straciłaś pamięć. To stan tymczasowy, twoje wspomnienia powinny wrócić z czasem. Do tego momentu jesteś… pustą skorupą bez duszy.
Zacisnęłam dłonie w pięści. Pustą skorupą, o co mu chodzi?
— Zostawię cię na planecie Terva. Życie wśród ludzi powinno pomóc ci nauczyć się czegoś o sobie i… wypracować własną osobowość.
O czym on mówi?
Chłopak powoli podniósł się z ziemi.
— Nazywam się Cethus. A ty… jesteś Lytia.
Lytia.
To imię coś we mnie poruszyło, ale nie potrafiłam powiedzieć dlaczego. Czy to dlatego, że już je gdzieś słyszałam?
Nagle w jego dłoni pojawił się biały kryształ. Biło od niego delikatne, pulsujące światło, odbijające się w jego oczach.
Cethus podszedł bliżej.
— Za pewien czas, spotkamy się ponownie— powiedział z lekkim uśmiechem.
I wtedy wbił kryształ we mnie.
Ból był niewyobrażalny.
— AAAAAH! — Krzyk wyrwał się z moich ust, gdy ostre, piekące ciepło rozlało się po moim ciele.
Spojrzałam na swoje dłonie. Obraz wokół mnie zaczął się rozmazywać. Z każdą sekundą traciłam kontrolę nad ciałem.
Mdłości. Zawroty głowy.
Upadłam na ziemię.
Zemdlałam.
Obudziłam się w lesie.
Była noc. Powietrze było chłodne i wilgotne, a wokół mnie unosił się zapach mokrej ziemi i drzew.
Zerwałam się na równe nogi.
Rozejrzałam się nerwowo. Wciąż miałam na sobie tę samą czarną sukienkę. Automatycznie dotknęłam miejsca, w które Cethus wbił kryształ.
Nie było śladu.
Co to wszystko miało znaczyć? Zaraz…
Poczułam coś.
Instynktownie obróciłam się. Byłam pewna, że znów nie jestem tu sama.
Napięłam mięśnie, próbując wyostrzyć wzrok w ciemności. Wtedy udało mi się dostrzec kogoś. Ktoś siedział pod drzewem, głowę miał spuszczoną, jakby spał lub czekał.
Aura tej osoby… była znajoma. Przypominała mi Cethusa.
Czy to on?
Podeszłam bliżej, ostrożnie.
Stanęłam naprzeciwko i schyliłam się lekko, opierając dłonie na kolanach.
Jest tak ciemno, że nie jestem w stanie przypatrzeć się kim jest ta osoba.
Nie, to nie Cethus. Tego to jestem pewna.
Mężczyzna nagle otworzył oczy. Spojrzał na mnie – chłodno i obojętnie.
Och.
Teraz pewnie wyglądam jak jakiś dziwak, który bez słowa gapi się na obcych ludzi.
Speszona, od razu cofnęłam się i stanęłam z boku.
Nie odezwał się.
Powoli wstał, podszedł do miejsca, gdzie leżał jego ciemny płaszcz i bez pośpiechu narzucił go na ramiona. Zapiął pas, poprawił kaptur.
Nadal mnie ignoruje.
Przez chwilę panowała niezręczna cisza.
Nie wiem, co zrobić. Nie mam pojęcia, gdzie jestem ani co powinnam teraz począć. A co, jeśli on coś wie? Może to nie przypadek, że był tutaj?
— Byłaś przywiązana łańcuchami, więc je rozerwałem — odezwał się w końcu, jego głos był beznamiętny.
Jego odpowiedź sprawiła, że się chwilowo zamyśliłam.
Łańcuchami…?
Wziął miecz i ruszył przed siebie, jakby nic więcej nie było do powiedzenia.
A ja?
Mam po prostu tu zostać?
Stałam jak słup, patrząc, jak się oddala.
Zrobił kilka kroków i nagle się zatrzymał.
Teraz jest moja szansa, żeby się zapytać, gdzie się znajduje miasto, czy coś tego typu.
Zebrałam się na odwagę.
— P-Prze… — zaczęłam niepewnie.
Co ja wyprawiam? dlaczego się jąkam? Chyba boję się, że powiem coś głupiego i wyjdę na bezdomne dziecko! A przecież… to byłaby prawda. Nie wiem, gdzie jestem. Nie wiem, co robić.
On nie obrócił się w moją stronę, ale wiedziałam, że mnie słucha.
— Dziękuję… — wyszeptałam, przypominając sobie, że w sumie mu tego nie powiedziałam, gdy wspomniał o łańcuchach.
Cisza.
— Gdzie teraz idziesz? — dodałam odrobinę pewniejszym tonem.
Chłopak w końcu odwrócił się w moją stronę.
Jego wzrok przesuwał się po mnie powoli, analizując moją postać – bose stopy, cienką sukienkę, zupełnie nieodpowiednią na wędrówkę przez las.
Tak, musiałam wyglądać naprawdę żałośnie.
— Idę do stolicy — odparł po dłuższej chwili.
Stolica, idealnie. Najważniejsze, że jest to miasto, czyli to co może mi się teraz przydać.
— Mogę iść z tobą? — wyrzuciłam z siebie natychmiast, nawet nie myśląc nad doborem słów.
Jego reakcja mnie zaskoczyła.
Nie zareagował w najmniejszym stopniu.
Czy powiedziałam coś nie tak…?
Przez moment wyglądał, jakby znów analizował każde moje słowo, każde moje drgnięcie.
Po kilku sekundach po prostu odpowiedział.
— Okej.
I ruszył dalej.
A ja – bez większego wyboru – zaczęłam podążać za nim, nie wiedząc, gdzie jestem i gdzie zmierzam.

Comments (2)
See all