Please note that Tapas no longer supports Internet Explorer.
We recommend upgrading to the latest Microsoft Edge, Google Chrome, or Firefox.
Home
Comics
Novels
Community
Mature
More
Help Discord Forums Newsfeed Contact Merch Shop
Publish
Home
Comics
Novels
Community
Mature
More
Help Discord Forums Newsfeed Contact Merch Shop
__anonymous__
__anonymous__
0
  • Publish
  • Ink shop
  • Redeem code
  • Settings
  • Log out

Lustre of Constellation (PL)

0.1 — Prolog — Nasz Wszechświat

0.1 — Prolog — Nasz Wszechświat

Nov 01, 2024

Uwaga! Robię remake noweli. Prolog jest z NOWEJ wersji, natomiast reszta ze starej.


Planeta Leyloris znajdowała się na krawędzi całkowitego unicestwienia – to, co niegdyś było tętniącą życiem cywilizacją, zmieniło się w ponurą ruinę. Rozpadające się budynki, wycie i lament przerażonych mieszkańców oraz chaotyczny tłum błądzący bez celu po zdewastowanych ulicach malowały obraz rozpaczy i bezsilności. Dzieci, brudne i opuszczone, pozbawione jakiegokolwiek schronienia, z nadzieją wypatrywały choćby najmniejszego gestu pomocy ze strony drugiego człowieka – jednak wsparcie nie nadeszło. Żaden sygnał, żadna dłoń, żaden ratunek. Nikt nie był w stanie wyjaśnić, co dokładnie wydarzyło się tamtego jednego, z pozoru zwyczajnego dnia – dnia, który tak diametralnie zmienił oblicze rzeczywistości.

Jeszcze wczoraj wszyscy cieszyli się spokojem codzienności, żyjąc zgodnie z utartym rytmem – tak, jakby katastrofa była odległą bajką z mrocznego folkloru. Choć od dawna krążyły przepowiednie zwiastujące koniec świata, większość ludzi traktowała je jako fantastyczne wymysły szaleńców lub starożytnych proroków, których słowa nie miały już znaczenia. Arystokracja z pogardą spoglądała na zwykłych chłopów, cesarz z oddaniem pielęgnował swoje imperium, a hrabiny, zajęte intrygami, szeptały o sobie nawzajem przy filiżankach parującej herbaty podczas wystawnych bankietów. W tej rzeczywistości wszystko miało swoje miejsce – aż do momentu, gdy cała planeta została rozcięta na pół.

Z ziemi wyłoniła się przepaść, ogromna i przerażająca, dzieląca świat na dwie oddzielone od siebie półkule, których rozdarcie zdawało się nie mieć końca – jakby samo istnienie zostało przecięte ostrzem losu. Tysiące istnień zostało unicestwionych w jednej chwili, a miliony ludzi ogarnęło zwątpienie, które pogrążyło ich w mroku beznadziei i kryzysu wiary w sens istnienia.

Choć niektórzy prorocy zapowiadali nadchodzący kataklizm, nie byli w stanie przewidzieć jego prawdziwej natury – nie potrafili dostrzec, że za zasłoną codzienności kryją się istoty przypominające ludzi, a jednak nieludzkie, które mogły stać się katalizatorem tej zagłady. Dla wielu istnienie Boga przestało być oczywiste – w obliczu tragedii uznali, że zostali porzuceni, że żadna wyższa siła już nad nimi nie czuwa. A jednak, jak się później okazało, ich przekonania były błędne.

Tego samego dnia, gdy wszystko legło w gruzach, jedna z gwiazd na niebie rozbłysła wyjątkowym, niemalże oślepiającym światłem – jej blask z każdą minutą stawał się coraz intensywniejszy, tak że większość śmiertelników, patrząc w niebo, musiała zakrywać oczy, aby nie utracić wzroku. W pewnym momencie, nagle i bez ostrzeżenia, zniknęła z firmamentu, a wtedy nastąpiło ostateczne rozszczepienie planety.

Niebo poszarzało, spowiło się mgłą i smutkiem, a na jego tle pojawiła się postać młodego mężczyzny o lśniących, białych włosach i złocistych oczach. Jego wygląd znacząco odbiegał od gotyckiej estetyki mieszkańców Leyloris – ubrany był w krótkie, śnieżnobiałe spodenki i płaszcz sięgający kolan, a jego głowę oplatała złota korona z cierni. W dłoni dzierżył świecący, żółty miecz, który zdawał się być źródłem zarówno światła, jak i osądu. Być może był odpowiedzią na pytania, których nikt wcześniej nie zadawał.



Białowłosy chłopak powoli zmierzał ku szczytowi najwyższej góry na całej planecie, jego sylwetka smukła, a krok stanowczy i milczący. Przechodził przez długi, monumentalny most zawieszony nad przepastną doliną, której głębia zdawała się nie mieć końca – jakby wciągała w siebie resztki światła i nadziei. U kresu tej wędrówki, na samym wierzchołku, wznosił się olbrzymi pałac – czarny jak noc, zbudowany w gotyckim stylu, którego ostre kontury i strzeliste wieże przypominały raczej świątynię niż siedzibę władzy. Według lokalnych wierzeń, żaden śmiertelnik nie miał prawa zbliżyć się do tego miejsca – był to bowiem budynek oddany na cześć boskiej istoty, miejsce święte, nietykalne, wieczne.

Chłopak dotarł do końca mostu i stanął przed monumentalnymi wrotami pałacu. Ich czarna powierzchnia, pokryta starożytnymi runami, zaczęła się powoli rozsuwać z przeciągłym, metalicznym jękiem. Jeszcze nie zdążyły się do końca otworzyć, a on już przekroczył próg, stawiając pewny krok we wnętrzu budowli.

W jego lewej dłoni pojawił się nagle drugi miecz – identyczny jak ten, który trzymał w prawej. Oba ostrza emanowały żółtym światłem, ukazując się wraz z krótkim, lecz intensywnym błyskiem. Stąpając po marmurowej posadzce wypolerowanej do tego stopnia, że odbijała niczym lustro każdy jego ruch, chłopak szedł naprzód, a echo jego kroków odbijało się od ścian tej cichej jak grób świątyni.

W głębi budowli, w pobliżu jednego z potężnych filarów, dojrzał zarys sylwetki – nieco wyższego mężczyzny o rudych włosach, opierającego się nonszalancko o kamienną kolumnę. Chłopak zatrzymał się, jego złote oczy przeszły w zimne spojrzenie pełne złowrogiej determinacji. Rudowłosy rozciągnął uśmiech w wyrazie pełnym ironii i przemówił:

— Cethus, konstelacja blasku i światła — powiedział, biorąc głęboki oddech. — Nigdy nie sądziłem, że pofatygujesz się tutaj osobiście. — Przez chwilę oczekiwał odpowiedzi, ale ta nie nadeszła, więc kontynuował, prostując się i odsuwając od filaru. — Twoje przywitanie było… niegrzeczne. Nie zamieniliśmy ze sobą nawet słowa, a ty bez wahania unicestwiłeś moją planetę. Zniszczyłeś wszystko! Leyloris była moim domem. Chroniłem tutejszą cywilizację, a oni… oni czcili mnie jak Boga, nie wiedząc, że taki byt wcale nie istnieje! Czy naprawdę myślisz, że…

Jego głos wzbierał gniewem, drżał od emocji, ale nagle został przerwany przez Cethusa, który odezwał się spokojnym, chłodnym tonem:

— Raeliyel.

Tylko tyle. Jedno słowo – imię. A jednak wystarczyło, by ogień w oczach rudowłosego rozgorzał jeszcze silniej. Wściekłość mieszała się jednak z czymś innym – z ukrytą nutą bezsilności, z błyskiem poddania.

— Zdrajca! — warknął. — Zachowujesz się dokładnie jak on. Przemierzasz planety, zostawiając za sobą tylko ruinę i śmierć. Jesteś szalony! Głupi, bezmyślny idioto!

Raeliyel złapał się za twarz, zgrzytając zębami, zaciskając szczękę z taką siłą, jakby chciał ją zmiażdżyć.

— Nie miałem wyboru — odparł Cethus z irytującym spokojem. — To była jedyna droga do ocalenia mojej siostry.

— Nie miałeś wyboru?! Ty?! Hahaha… Myślisz, że jestem naiwny?! — Raeliyel odsunął dłoń od twarzy, odsłaniając wyraz obłędu.

— Tak, nie miałem — powtórzył Cethus. — Od pięciuset lat szukam sposobu, by wskrzesić zmarłą konstelację. Próbowałem wszystkiego. Nie obchodziło mnie, jak wielki chaos sprowadzę na galaktykę. — Raeliyel patrzył na niego jak na szaleńca – z odrazą, bez cienia współczucia. — Dopiero po jej odejściu zrozumiałem, że bez niej jestem całkowicie sam.

Zacisnął pięść.

— Jesteś żałosny. Kogo obchodzi, że zmarła twoja siostra?! To ci daje prawo do niszczenia światów?! Jesteś chory! — krzyknął Raeliyel.

— To także była forma zemsty… na nim.

— Nikogo nie obchodzi twoja zemsta! — ryknął rudowłosy. — Stałeś się wrogiem większości konstelacji przez swoją bezmyślność!

— I nie obchodzi mnie to — odpowiedział Cethus chłodno. — Bo wiem, że moja podróż dziś dobiega końca.

Uśmiechnął się i chwycił miecz pewnie w obie dłonie. Raeliyel, zaskoczony, przez moment milczał, po czym wściekłość wróciła. Przywołał swój miecz z eteru.

— Żegnaj, Leyloris… i konstelacjo Raeliyel — powiedział Cethus i ruszył do ataku z prędkością światła.

Walka nie trwała nawet sekundy. Cała struktura świątyni zawaliła się, obracając w pył. Na środku gruzów, przywalony ciałem Cethusa, leżał Raeliyel – przebity na wylot jego mieczem.

— T-ta walka… była… taka… bez sensu… — wykrztusił, dławiąc się krwią. — Moja L-Leyloris… mój… l-lud…

Cethus patrzył na niego bez zrozumienia. Dlaczego się uśmiechał? Przecież został przebity bronią, która unicestwia konstelacje. A jednak na jego twarzy malował się szyderczy, ostatni uśmiech.

— Hah… ha… — jęknął. — Ty też żegnaj… Cethus.

W tej chwili Cethus poczuł niepokój. Jego własne ciało… też zostało zranione. Spojrzał w dół i zobaczył, że jego klatka piersiowa została przebita na wylot – ręką Raeliyela.

Nie… jak to możliwe?

Czyli od początku wiedział, że nie pokona mnie w walce, ale mimo to zdołał mnie zranić… Śmiertelnie?

Ciało Raeliyela rozpłynęło się w dziesiątki drobnych iskierek, znikających jedna po drugiej. Po jego śmierci nie zostało nic oprócz małego, pomarańczowego kryształu.

Cethus, z trudem wstając, spojrzał na ranę – wciąż się nie zasklepiała. A przecież jako konstelacja powinien regenerować się niemal natychmiast, jeśli nie został ranny bronią o specjalnym przeznaczeniu…

Czyżby użył jakiejś sztuczki przed śmiercią?

Otrząsnął głowę, próbując odzyskać jasność myśli. Spojrzał na kryształ i uniósł go delikatnie, po czym zaczął absorbować jego energię. Jego żółte oczy zbladły, przechodząc w biel. Kryształ znikał, a w jego dłoni powoli formował się biały odpowiednik.

Uniósł go na wysokość oczu, trzymając go między palcem wskazującym a kciukiem.

— Lyttia… Gdybym wiedział, że to tutaj znajdę odpowiedź, przyszedłbym od razu. Bez wahania. Bez zniszczeń. Przysięgam, że nie chciałem tego wszystkiego.

I z tą przysięgą zamknął oczy.


Absolutna pustka. Nicość. Te dwa słowa najlepiej oddawały naturę miejsca, w którym właśnie przebywał Cethus — miejsca tak oderwanego od znanego istnienia, że nawet czas wydawał się tutaj martwy. Wszędzie unosiły się czarne i szare smugi, sunące leniwie niczym dym po spalonym niebie, tworząc niepokojącą atmosferę zawieszenia.

To nie była zwykła przestrzeń – to był punkt we wszechświecie, ukryty wysoko w kosmosie, wewnątrz jednej z czarnych dziur – istnienie zaledwie przeczuwalne, jak sen szeptany przez śmierć. Tam właśnie spoczywało martwe ciało Lyttii. Rozpływało się w powietrzu jak popiół rozdmuchiwany przez niewidzialny wiatr, unosząc się i znikając w formie przezroczystych smug.

Cethus, który także wszedł w tę sferę zapomnienia, odczuwał skutki jej działania. Jego ciało – dotąd świetliste, niemal boskie – zaczęło się rozmywać, rozpadając się na przezroczyste pasma światła i dymu. Stał zaledwie dziesięć metrów od siostry, a jednak odległość ta była nie do pokonania. Im bardziej zbliżał się w jej stronę, tym szybciej jego własna forma zanikała.

Oboje wyglądali teraz jak zjawy — dwa białe duchy dryfujące w nicości. Choć Lyttia wyglądała, jakby powinna rozpaść się dekady temu, jej ciało wciąż istniało, jakby jakiś wyższy byt uparcie podtrzymywał je w niebycie.

Cethus wyciągnął rękę przed siebie, z całych sił próbując ją dosięgnąć. Zgrzytał zębami, napinając mięśnie do granic możliwości. W końcu jego palce sięgnęły jej ramienia – ale zamiast dotyku, poczuł jedynie pustkę. Jej ciało było już tylko mgłą. Kontakt natychmiast zniknął, a jego dłoń została odrzucona z powrotem.

Lyttia… jeszcze tylko chwila. Wydostanę cię stąd.

Bez wahania wyciągnął z kieszeni pozostałość po Raeliyelu – mały, pomarańczowy kryształ – i cisnął nim w stronę siostry. Artefakt zderzył się z jej mglistą sylwetką i zaczął działać. Jej ciało powoli nabierało barw. Skóra, dotąd biała jak obłok, zyskała odcień kremu. Zniknęła mgła, a w jej miejsce pojawiła się rzeczywistość.

Czarna dziura zaczęła się rozmazywać, a następnie całkowicie zniknęła, jakby wymazana przez niewidzialne pióro. Cethus odzyskał swoje ciało i dawny blask. Po pustce nie pozostało już nic — została tylko cisza i przestrzeń kosmosu, czysta, pełna gwiazd, planet i wiecznej obecności.

To wszystko dzięki mocy Raeliyela — konstelacji zaniku, którego ostatnia energia została spożytkowana, by przywrócić Lyttię do życia.

Dziewczyna powoli otworzyła oczy – złote, pełne blasku – których nie podniosła od tylu lat.

Nie… nie wierzę… Naprawdę mi się udało.

Lyttia usiadła, przecierając dłonią swoje długie włosy. Oboje unosili się teraz w próżni kosmosu, lewitując wśród galaktyk. W oddali, niczym pomarańczowa kropka wielkości paznokcia, rozpadała się Leyloris — planeta, której nie uratował. Za trzydzieści lat nie będzie po niej śladu, ani żadnego, kto o niej pamięta.

Dziewczyna spojrzała uważnie na Cethusa.

Ona… naprawdę żyje… Lyttia.

Patrzył na nią szeroko otwartymi oczami, lecz wkrótce odwrócił wzrok. Smutek bezwiednie wkradł się w jego spojrzenie.

Ona mnie nie poznaje… Nie wie, kim jestem…

Poczuł wewnętrzny, duszący ból. Nie fizyczny. Metamorficzny. Pęknięcie w duszy.

— Jesteś… Cethus? — zapytała cicho, dziewczęcym, delikatnym głosem.

Ten głos… Nie słyszał go od tak dawna, że nie potrafił teraz poczuć nic oprócz narastającej fali melancholii.

— Tak, dokładnie… A więc pamiętasz… — odparł z niedowierzaniem, wstrzymując oddech.

— Czy mamy coś ze sobą wspólnego? Czuję, że nie wiem nic o tobie poza twoim imieniem… — rozejrzała się wokół. — Gdzie właściwie jesteśmy?

Nadzieja, która jeszcze chwilę temu w nim tliła, zgasła. Zderzył się z rzeczywistością. Myślał, że może… może jakimś cudem odzyska jej wspomnienia. Ale ona pamiętała tylko jego imię. Nic więcej.

Nie mogę się łudzić. Nie teraz. Muszę być konkretny.

Chrząknął i odparł poważnym tonem:

— Nazywasz się Lyttia… i jesteśmy rodzeństwem. Na razie nic nie będziesz pamiętać, ale wspomnienia powinny powoli powrócić. Zabiorę cię na planetę Terva. Spotkamy się tam ponownie. Obiecuję.

Lyttia otworzyła szeroko oczy, kompletnie nie rozumiejąc jego słów.

Rodzeństwo? Terva? Utrata pamięci? O czym on mówi?

Cethus zawahał się, ale wiedział, że nie może tego przemilczeć.

— Musisz pozbyć się tej energii, Lyttia… — dodał cicho, z bólem. — Energii Raeliyela. To ona cię przywróciła, ale… nie pozostanie bez konsekwencji. Ona nie należy do ciebie. Ona cię zniszczy, jeśli wcześniej ktoś inny nie odkryje, że ją nosisz.

Dziewczyna zamarła, zdezorientowana.

— Raeliyel? Co to… za energia?

— Obca. Zbyt potężna, zbyt dzika. I z każdym dniem bardziej cię wypełnia. — Cethus zbliżył się o krok. — Jeśli nie nauczysz się jej kontrolować, przejmie nad tobą władzę. A jeśli tego nie zrobi… inni się o niej dowiedzą. I będą cię ścigać.

Lyttia zacisnęła dłonie, instynktownie cofając się.

— Ale… co mam zrobić?

Cethus spojrzał jej prosto w oczy, bez cienia zawahania.

— Musisz obudzić własną energię. Tę, którą uśpiono w tobie dawno temu. Dopiero wtedy będziesz miała jakikolwiek wybór. Własna siła to twoja jedyna ochrona przed tym, czym stał się Raeliyel. I twoja jedyna droga do wolności.

Na jego słowa dziewczyna zadrżała. Moja własna energia? Czy w ogóle jestem na to gotowa…?

Cethus po chwili zmienił ton — bardziej czuły, choć nie mniej stanowczy.

— To nie będzie łatwe. Ale jeśli chcesz żyć naprawdę… jeśli chcesz być sobą… musisz ją obudzić i wyrwać z siebie to, co nie należy do ciebie.

— Dobrze… — wyszeptała, niepewnie. — Spróbuję.

Zbliżył się do niej powoli, a zanim zdążyła zareagować, położył delikatnie dłoń na jej oczach.

Jej pole widzenia momentalnie zgasło, a całe ciało zesztywniało. Nie mogła nic zrobić – jego dotyk działał jak środek usypiający. Tym razem nie na wieki… tylko na kilka lat. Tyle potrzebowała, by naprawdę powrócić do życia.

Gdy była już nieprzytomna, Cethus objął ją mocno i czule – po raz ostatni.

— To dla twojego dobra, Lyttia… — szepnął. — Tym razem wrócisz naprawdę. Silniejsza.

custom banner
lucykidu
LaqRyz

Creator

Nie radzę czytać dalszych rozdziałów, są napisane okropnie oraz mogą częściowo zespojlerować dalsze losy Lytti i Cethusa. Nową książkę opublikuje pod nazwą ,,Dormant Constellation", mam nadzieję, że prolog Cię zaintrygował do odkrycia tej historii. Dziękuję że przeczytałeś tą wersję <3333 Wierze, że napiszesz komentarz ze swoją opinią na temat prologu, to znaczy dla mnie wiele i dodaje ogromnej motywacji wewnętrznej na stworzenie peak fantasty. Miłego dniaaa!! I dziękuję!

#characters #postacie #Profile

Comments (0)

See all
Add a comment

Recommendation for you

  • What Makes a Monster

    Recommendation

    What Makes a Monster

    BL 75.8k likes

  • Invisible Bonds

    Recommendation

    Invisible Bonds

    LGBTQ+ 2.4k likes

  • Touch

    Recommendation

    Touch

    BL 15.6k likes

  • Silence | book 1

    Recommendation

    Silence | book 1

    LGBTQ+ 27.3k likes

  • Primalcraft: Scourge of the Wolf

    Recommendation

    Primalcraft: Scourge of the Wolf

    BL 7.1k likes

  • Invisible Boy

    Recommendation

    Invisible Boy

    LGBTQ+ 11.5k likes

  • feeling lucky

    Feeling lucky

    Random series you may like

Lustre of Constellation (PL)
Lustre of Constellation (PL)

2k views6 subscribers

Robię remake całej fabuły i książki!!! Jest to stara wersja, opublikuje tylko nowy prolog a resztę pozostawię jak było żeby było wiadomo jaki jest progres z storytellingiem i wgl. Nie radzę czytać więcej niż prolog. Nowa wersja zostanie opublikowana pod nazwą ,,dormant constellation”. Mam nadzieję że zajrzysz jak wyjdzie :))).
Subscribe

33 episodes

0.1 — Prolog — Nasz Wszechświat

0.1 — Prolog — Nasz Wszechświat

283 views 6 likes 0 comments


Style
More
Like
List
Comment

Prev
Next

Full
Exit
6
0
Prev
Next