5.1 - ECHO
(Perspektywa Lytii)
Laen wniósł Sydeniyę do domu, a ja podążyłam za nim niemal od razu. Było cicho, jakby wnętrze odcięło nas od chaosu panującego na ulicach. W powietrzu unosił się zapach wilgoci i ziół.
Tuż w wejściu czekał już Ethen. Stał oparty o framugę drzwi, obserwując nas uważnym, przenikliwym spojrzeniem. Jego twarz pozostawała spokojna, ale czułam, że analizuje każdy mój ruch.
Laen zniknął w jednym z pomieszczeń, niosąc Sydeniyę, a ja zostałam sama z tajemniczym gospodarzem.
Nie mówiąc ani słowa, Ethen ruszył w stronę małej kuchni. Słyszałam, jak wyciąga metalowy czajnik i napełnia go wodą. Wkrótce cichy gwizd sygnalizował, że woda zaczęła się gotować.
Zaczęłam się zastanawiać. Jeszcze chwilę temu ten człowiek zadawał mi pytania, których sensu do końca nie rozumiałam, a teraz... teraz po prostu przygotowywał herbatę. Jakby kompletnie zapomniał o tym, jak bardzo jeszcze chwile temu mi nie ufał.
Stałam przez chwilę, niepewna, czy powinnam odejść, ale zanim zdążyłam cokolwiek zrobić, Ethen odstawił czajnik i wyciągnął dwie porcelanowe filiżanki. Delikatnie wsypał do nich mieszankę suszonych liści, po czym zalał wrzątkiem.
Podniósł jedną filiżankę, drugą zostawił na blacie.
– Co stało się Sydeniyi? – zapytał, nie podnosząc na mnie wzroku i mieszając łyżką napój.
Zmarszczyłam brwi. Przecież Laen, to on był przy niej przez całą drogę. Czemu nie spytał jego?
– Zamarzła w mrozie – odpowiedziałam krótko i na temat.
Ethen uniósł lekko brew, jakby spodziewał się innej odpowiedzi, ale nie skomentował tego.
– Hm.
Upił łyk herbaty, po czym chwycił drugą filiżankę i podał mi ją bez słowa.
– Idź, zanieś jej to.
Spojrzałam na niego z lekkim wahaniem.
– Jesteś pewien, że mogę tak po prostu wejść do jej pokoju? Nie znamy się tak długo...
Ethen westchnął, jakby nie miał siły tłumaczyć mi rzeczy oczywistych.
– Po prostu idź.
Nie miałam innego wyboru. Owinęłam dłonie wokół ciepłej filiżanki. Jej gorąco przyjemnie rozgrzewało moje palce, kiedy ostrożnie ruszyłam w stronę pokoju.
Przystanęłam przy drzwiach, delikatnie je uchylając.
W środku było cicho. Sydeniya leżała pod grubą kołdrą, jej blade policzki powoli nabierały koloru. Przy łóżku, na krawędzi materaca, siedział Laen.
Gdy tylko mnie zauważył, uniósł wzrok.
– Nie przeszkadzam? – zapytałam cicho.
Sydeniya otworzyła oczy i spojrzała na mnie z lekkim zaskoczeniem.
– Nie, wejdź.
Podeszłam bliżej i ostrożnie postawiłam filiżankę na drewnianej komodzie obok łóżka.
– Ethen kazał mi przekazać ci herbatę.
Sydeniya uniosła lekko głowę, jakby próbowała ocenić, czy jest w stanie sięgnąć po filiżankę, ale widać było, że jest za słaba. Laen zauważył to od razu i bez słowa podał jej naczynie.
Dziewczyna zacisnęła na nim palce, przyciągając je do siebie i spoglądając w bursztynowy płyn. W pokoju zapanowała cisza.
Po chwili zebrałam się na odwagę.
– Mam pewne pytanie.
Sydeniya mruknęła cicho, nie odrywając wzroku od herbaty.
– Jak to możliwe, że pogoda wpłynęła na ciebie aż tak mocno? – zaczęłam ostrożnie. – Oczywiście, normalny człowiek też by zmarzł w taką śnieżycę, ale adrenalina utrzymałaby go na nogach dłużej. My byliśmy ciepło ubrani, więc tym bardziej...
Urwałam w połowie zdania, czując, że zadaję nieodpowiednie pytanie i w nieodpowiednim momencie.
Sydeniya i Laen spojrzeli na siebie w milczeniu. Wyraz ich twarzy był trudny do odczytania, ale w powietrzu uniosło się coś ciężkiego. Coś, co sprawiało, że poczułam się nieswojo.
Po chwili Sydeniya westchnęła cicho.
– Przepraszam, powinnam ostrożniej dobierać słowa – powiedziałam i spuściłam wzrok.
Dziewczyna uniosła się lekko na łóżku i owinęła szczelniej kołdrą, jakby próbowała się osłonić przed zimnem.
– To nie tak... – odezwała się w końcu. – To nie jest coś, o czym łatwo się mówi.
Ścisnęła filiżankę mocniej, jakby ciepło herbaty miało jej pomóc w ułożeniu myśli.
– Jak byłam młodsza, mieszkałam w innym miejscu. Tam zawsze było ciepło, nigdy nie widziałam śniegu… – mówiła cicho. – Dopiero teraz doświadczyłam takiego mrozu po raz pierwszy w życiu.
Lekko się uśmiechnęła, ale w jej oczach krył się smutek.
– Nie jestem człowiekiem – dodała, a jej głos zabrzmiał prawie jak szept. – Mój gatunek nie jest przystosowany do takiej pogody.
Poczułam, jak napina mi się kark.
Tak jak myślałam.
Uniosłam rękę i podrapałam się po głowie, próbując ułożyć sobie to wszystko w myślach.
– Więc… kim jesteś? – zapytałam ostrożnie.
Sydeniya spojrzała na mnie i bez chwili zawahania odpowiedziała.
– Jestem elfem.
Zamrugałam.
No tak. Już kiedyś podejrzewałam, że coś jest z nią „nie tak”, że nie jest człowiekiem. Miała delikatniejsze rysy twarzy i coś w jej oczach było inne. Tylko… jak ona ukrywa spiczaste uszy? Nigdy nie widziałam, żeby nosiła kapelusz czy chustę. Mimo to, ciężko dostrzec, że są to elfie. To dopiero zagwostka.
Laen odezwał się pierwszy.
– Do stolicy nie wpuszczają nieludzi. Jeśli wyglądasz inaczej niż człowiek, masz zakaz wstępu.
Jego głos był poważny, prawie surowy.
– A jeśli masz cokolwiek wspólnego z Bestią… – dodał po chwili. – To uznają cię za opętanego i się ciebie pozbywają.
Czułam, jak ściska mi się żołądek.
Coś już o tym wiedziałam.
– Dlaczego tak jest? – spytałam.
Laen spojrzał na mnie i westchnął.
– Głównie dlatego, że dwa największe kontynenty – Limervan i Ephzental – są w konflikcie. Na ich granicy trwa wojna. Również większość mieszkańców Ephzental to nieludzie, więc jak spotka się takiego osobnika w Limervanie, to jest duża szansa, że jest to ktoś z Ephzental. To jest główny powód dlaczego nieludzie mają zakaz wstępu do Limervanu.
Samolubne z ich strony. Po prostu wrzucają wszystkich do jednego wora.
– A dlaczego, w ogóle jest ta wojna? –
Laen i Sydeniya się na chwile na siebie popatrzeli. Nie byli pewni, czy chcą powiedzieć mi coś ważnego.
– To długa historia… Ale jeśli naprawdę chcesz ją poznać, to przygotuj się na prawdę, której nikt poza nami nie zna.
Milczałam. Nikt nie zna poza nimi, czyli będzie to jakaś ich teoria?
– To, co teraz ci powiem, wie tylko troje ludzi na całej tej planecie.
– Rozumiem.
Laen spojrzał na mnie poważnie.
– Ta planeta… była napadana przez liczne istoty z innych światów.

Comments (0)
See all