Po ostatniej nocy nie wiedziałem, co miałem myśleć na temat ostatnich wydarzeń. Urządzenie dalej się nie włączyło, tajemniczy głos też się nie odezwał, a sam właściciel owego głosu pozostał tajemnicą przynajmniej na razie. Odłożyłem komunikator z powrotem na biurko i starałem się nie zwracać na niego uwagi, choć jego obecność nie dawała mi spokoju. Wydawało się, jakby tylko czekał, aż znowu go dotknę.
Poranek minął w miarę normalnie i spokojnie. Jedzenie było jak zawsze – zimne, bez smaku, podane przez szczelinę w drzwiach bez słowa wyjaśnienia. Z czasem przywykłem do tej rutyny, choć nigdy nie przestała mnie przygnębiać.
Około kwadrans przed czternastą do mojej celi podszedł strażnik z karabinem w dłoniach. Zatrzymał się naprzeciw drzwi i spojrzał na mnie przez szybkę w pancernej przesłonie.
— D-4347, pójdziesz ze mną. Przyjechali nowi pracownicy klasy D — powiedział chłodno. — Trzeba ich wprowadzić w program A-1.01. Doktor Jefferson będzie ci pomagał.o
(Świetnie — pomyślałem. Już miało być spokojnie.)
— Tak jest! — odpowiedziałem po chwili, starając się nie brzmieć zbyt niechętnie.
— Zatem za mną.
Nie było sensu protestować. Każdy opór był tutaj bezcelowy — kończył się krwią na podłodze i raportem wypełnionym zimnymi słowami o „niesubordynacji”.
Strażnik prowadził mnie przez szereg korytarzy i przejść. Mijaliśmy kamery, zakratowane okna, inne cele, w których niektórzy więźniowie tylko beznamiętnie gapili się w ścianę. Milczeliśmy. W tym miejscu milczenie było normalne — bezpieczne.
Po dłuższym czasie dotarliśmy do metalowych drzwi prowadzących do Sektora Trzeciego. Ciche syczenie oznajmiło otwarcie przejścia, a my przekroczyliśmy próg. W środku czekał już naukowiec, który skanując kartę o dostępie minimalnym do poziomu drugiego, odblokował kolejne drzwi.
Mężczyzna spojrzał na nas i powiedział:
— Witam, panowie.
Skinąłem głową w geście powitalnym, nie wiedząc, czy wypada się odzywać. Strażnik nawet nie zareagował — stał nieruchomo, trzymając broń blisko ciała, jakby zaraz miał ją unieść.
Naukowiec dał znak, byśmy ruszyli za nim. Korytarz prowadził nas w dół. Wyglądało na to, że znajdowaliśmy się na drugim piętrze — z góry mogłem obserwować grupę nowych pracowników klasy D, którzy stali na dole ustawieni w dwuszeregu. Poruszali się niepewnie, kręcili głowami, patrzyli po sobie z pytaniami w oczach. Cóż, przynajmniej już trochę nauczyli się dyscypliny. Szkoda, że nie wiedzieli, co ich jeszcze czekało.
Zeszliśmy na dół. Echo naszych kroków rozbrzmiewało w pustej przestrzeni, odbijając się od metalowych ścian. Gdy znaleźliśmy się w pobliżu, doktor Jefferson podszedł do przodu i uniósł rękę, przywołując ciszę.
— Witam wszystkich, jestem doktor Jefferson. Mam dla was kilka informacji. Po pierwsze: nie wyjdziecie stąd, dopóki nie minie czas do waszego zwolnienia. Po drugie: jeszcze dziś zostaniecie przydzieleni do swoich pokoi.
Po tych słowach spojrzał w moją stronę i wskazał na mnie dłonią.
— Oto przewodnik waszej pracy. Zaprowadzi was do pokoi.
Nie musiałem mówić nic więcej. Ruszyłem przodem, a nowi powoli podążali za mną. Po drodze zauważyłem, jak niektórzy z nich szeptali między sobą, pytając o rzeczy, na które nie znali jeszcze odpowiedzi. Milczałem. I tak nie miałem prawa im odpowiadać.
Spotkanie zakończyło się po kilku godzinach. Każdy został przypisany do swojego pomieszczenia. Bez większego problemu odnalazłem dla nich właściwe kwatery, odczytując dane z przekazanych mi dokumentów. Przypominało to trochę pracę opiekuna kolonijnego, gdyby tylko kolonia odbywała się w podziemnym bunkrze pełnym broni i tajemnic.
Gdy miałem już wracać do swojej celi, usłyszałem znajomy dźwięk — ogłoszenie nadawane przez system komunikacyjny rozbrzmiało w całym ośrodku:
— Wszyscy wcześniej przebywający w Placówce pracownicy klasy D mają się stawić na auli i zabrać wszystkie swoje rzeczy osobiste z pokoi.
Zatrzymałem się na chwilę, a dreszcz przebiegł mi po plecach. To nie było standardowe wezwanie. Zabrzmiało jak coś znacznie większego. Coś, co mogło oznaczać kolejną zmianę. A w Fundacji każda zmiana niosła ze sobą ryzyko.
Witam wszystkich, mam na imię Aiden Duvel, chociaż w fundacji nazywają mnie D-4347. Pochodzę z Teksasu z miasta San Antonio, a zanim tu trafiłem, życie nie było łatwe — problemy finansowe zmusiły mnie do podjęcia tej pracy, choć nigdy nie chciałem tu być. Fundacja, dla której pracuję, jest jak więzienie z niewidzialnymi kratami — nie da się odejść samemu. Jedynie oni mogą cię stąd wypuścić. A ja właśnie czekam na swój koniec, bo niedługo mają mnie zwolnić. Nie wiem, czy mam się cieszyć, czy raczej bać, że te ostatnie dni tutaj będą jeszcze gorsze niż wszystkie poprzednie.
Jak się tu znalazłem? Dostałem kiedyś wiadomość z nieznanego numeru — propozycję pracy, która wydawała się jak wybawienie. Nie pytałem o szczegóły, desperacja nie pozwalała na rozważania. Nie wiedziałem, co mnie czeka. Wkrótce potem przenieśli mnie do ośrodka 73 — nazwa bez znaczenia, ale miejsce... nie z tego świata.
Tu jest pełno ludzi z bronią. Na pierwszy rzut oka to powinno dawać poczucie bezpieczeństwa, ale coś tu nie gra. Atmosfera jest gęsta od podejrzeń, a każdy krok może być ostatnim. To miejsce nie tylko chroni — to więzienie, które obserwuje cię 24 godziny na dobę. Korytarze pełne są szepty i cieni, a twarze innych pracowników są niewyraźne, jakby ukrywały swoje prawdziwe intencje.
Nie czuję się tu bezpiecznie — czuję, że każdy ruch jest śledzony, każdy gest interpretowany. Nie wiem, co tu naprawdę robię i czy kiedykolwiek wyjdę z tego miejsca cało. Marzę tylko o jednym — o dniu, kiedy to piekło zostanie za mną, kiedy będę mógł znów poczuć powietrze wolności bez ciężaru nad sobą. Mam nadzieję, że ten czas szybko minie i nigdy więcej nie będę musiał wracać do tego przeklętego ośrodka.
Comments (0)
See all