Polecenie mnie zdziwiło, ale postanowiłem się go posłuchać. W tym miejscu nie należało zadawać pytań — przynajmniej nie takich, które mogły ściągnąć na ciebie zbyt wiele uwagi. Wróciłem do swojej kwatery i zabrałem wszystkie rzeczy osobiste. Nie było ich wiele: zużyty grzebień, cienki notes z kilkoma zapisanymi stronami, plastikowy kubek, a także komunikator, który nadal tkwił w tym samym miejscu, milczący i zimny. Mimo wszystko wsunąłem go do kieszeni. Coś mi mówiło, że jeszcze się przyda.
Z powrotem udałem się do auli. Inni członkowie klasy D również się tam zebrali — łącznie około dwudziestu osób. Niektórzy wyglądali na zdezorientowanych, inni na zmęczonych, a jeszcze inni… jakby po prostu już się poddali.
Wtedy do sali wszedł nieznany mi naukowiec. Nie miał plakietki z nazwiskiem, co samo w sobie było niepokojące. Stanął przed nami i nagle przemówił:
— Droga klaso D, ustaliliśmy z zarządem, że zostaniecie wcześniej zwolnieni do domów. Zapraszamy do Sektora Pierwszego. Strażnik poprowadzi was dalej.
W pierwszej chwili nie wiedziałem, co myśleć. Brzmiało to zbyt dobrze, zbyt nagle… zbyt nienaturalnie. Ale nikt się nie odezwał. Nikt nie zapytał, dlaczego akurat teraz. Wszyscy po prostu ruszyli za strażnikiem, jak owce prowadzone na rzeź. Ja też.
W Sektorze Pierwszym czekał już inny strażnik. Kazał nam zostawić swoje rzeczy w schowkach, po czym polecił podzielić się na dwie równe grupy. Zrobiliśmy to bez słowa, choć czułem napięcie unoszące się w powietrzu. Następnie każdą grupę wprowadzono do oddzielnych pomieszczeń, pod pretekstem oczekiwania na transport.
I właśnie wtedy to się zaczęło.
Z górnych krawędzi ścian rozległ się syk — przypominał dźwięk wyciekającego gazu. W ułamku sekundy w pomieszczeniu wybuchła panika. Ludzie zaczęli krzyczeć, walić pięściami w drzwi, próbując je wyważyć, ale bez skutku. Tej konstrukcji nic nie mogło ruszyć.
Wtedy poczułem to… metaliczny smak w ustach. Gorzki, dziwnie znajomy. Gorzki jak… migdały.
I nagle, zupełnie niespodziewanie, przypomniałem sobie coś z dzieciństwa — moment, w którym moja mama zabrała mnie do szpitala na wycięcie migdałków. Pamiętam biel sali, dźwięk instrumentów medycznych i to dziwne poczucie, że zaraz coś się skończy.
Ktoś obok mnie zaczął się modlić. Inni płakali, dusili się, upadali na podłogę jeden po drugim.
Zacząłem tracić świadomość. Obraz przede mną się zamazał. Ostatnie, co zapamiętałem, to ten nieznośny smak — gorzki i chemiczny — rozlewający się po całym gardle.
Oprzytomniałem dopiero po czasie, który wydawał mi się wiecznością. Może to była godzina. Może dwie. Nie miałem pojęcia. Ale byłem pewien jednego — żyłem... A przecież… nie powinienem.
Serce waliło mi jak młot. Miałem zamknięte oczy, oddychałem płytko, jakbym nadal był nieprzytomny. Słyszałem kroki. Głosy.
— W końcu… Przynajmniej ich mamy z głowy.
— Nie ciesz się tak, za miesiąc musimy zrobić to samo.
— Przestańcie już gadać. Zabierzmy ich stąd.
Nie ruszałem się. Czułem, jak ktoś łapie mnie za ramiona i kładzie na wózku. Moje ciało było bezwładne, ale umysł pracował na najwyższych obrotach. Z każdą sekundą oddalaliśmy się od miejsca terminacji. Przesuwali mnie przez korytarze, a wokół panowała złowroga cisza.
W końcu się zatrzymaliśmy. Usłyszałem metaliczny zgrzyt, potem znów szuranie. I nagle... ciepło. Miękkość pod plecami. Ktoś mnie po prostu wrzucił.
Poczekałem, aż głosy zamilkną, aż kroki oddalą się w ciemność. Dopiero wtedy otworzyłem oczy.
Leżałem na ciele innego członka klasy D. Martwego.
Skóra była chłodna, spojrzenie puste, a ręce nienaturalnie wykręcone. Wstałem tak gwałtownie, jakby właśnie poraził mnie piorun. Oddychałem ciężko. Serce dudniło mi w uszach. Żyłem. Ale za jaką cenę?

Comments (0)
See all