Przez chwilę nie mogłem się pozbierać po tym, co przeżyłem i zobaczyłem. Leżałem na martwym ciele innego członka klasy D, a w głowie wciąż brzmiały słowa tych ludzi… jakby śmierć była tu procedurą. Czymś rutynowym. Normalnym.
Nie mogłem tak po prostu leżeć i czekać na dalszy rozwój wydarzeń. Coś we mnie się obudziło — może instynkt, może resztka godności, a może zwykła, pierwotna panika. Postanowiłem: teraz albo nigdy. Albo ucieknę, albo skończę jak on.
Podniosłem się i ruszyłem w stronę drzwi. Ku mojemu zaskoczeniu były uchylone. Wyjrzałem ostrożnie na zewnątrz — korytarz był pusty. Żadnych strażników, żadnych kamer w zasięgu wzroku. Tylko ciche buczenie wentylatorów i światło jarzeniówek odbijające się od metalowych ścian.
Wyszedłem z pomieszczenia i zacząłem iść. Powoli, ostrożnie, starając się zapamiętać każdy zakręt, każde rozwidlenie. W tym miejscu wszystko wyglądało tak samo, jakby było zaprojektowane, żeby gubić ludzi.
Po kilkunastu minutach marszu, zatrzymał mnie dźwięk. Coś pomiędzy syknięciem a cichym bulgotem. Dochodziło z jednego z otwartych pomieszczeń. Zatrzymałem się tuż przy framudze drzwi i zerknąłem do środka.
Zamarłem.
W środku był przypięty do krzesła członek klasy D — jego numeru nie widziałem, ale rozpoznałem więzienny uniform. Przed nim stał naukowiec. Mówił coś spokojnym głosem, jednocześnie przygotowując długie, przezroczyste rury. Podłączył je do ciała więźnia i po chwili zaczęły się napełniać jakimś ciemnym płynem. Nie miałem pojęcia, co to było, ale reakcja była natychmiastowa.
Mężczyzna przypięty do krzesła zaczął krzyczeć. Początkowo przeraźliwie, jakby w bólu, potem jego głos przeszedł w chrapliwe jęki. Po chwili zaczął się dusić, jego krzyki zamieniły się w bulgotanie. Ciało drgało nienaturalnie, jakby coś wewnątrz niego się poruszało. Nagle uniósł rękę i... wskazał w moją stronę.
Zamarłem.
Nie czekając ani sekundy, rzuciłem się za ścianę. Serce waliło mi jak szalone. Wiedziałem, że muszę uciekać. Teraz.
Biegłem, nie patrząc za siebie. Mijałem kolejne korytarze, schody, drzwi. I wtedy, niemal przypadkiem, zauważyłem otwarte okno. Podeszedłem do niego szybko, ale ostrożnie, i wyjrzałem na zewnątrz. Nie byłem wysoko — może pierwsze piętro. Poniżej znajdowała się twarda ziemia, kilka kamieni, trochę piasku. Pustynia.
(Dobra, raz się żyje. Lepiej połamać nogę niż zginąć.)
Bez dłuższego namysłu skoczyłem.
Upadek był bolesny, ale zniosłem go bez złamań. Tylko zadrapania i obite kolana. Wstałem, otrzepałem się i zacząłem szukać jakiegoś wyjścia. Ośrodek był ogrodzony — wysokim, metalowym płotem pod napięciem. Nie wyglądało, by ktokolwiek mógł się przez niego przedrzeć.
Ale po kilkunastu minutach błądzenia wzdłuż ogrodzenia zauważyłem coś — niewielką wyrwę w siatce, ledwo widoczną z daleka. Ktoś już wcześniej próbował stąd uciec. Może nawet mu się udało.
Zawahałem się tylko na sekundę. Potem przecisnąłem się przez dziurę, zostawiając za sobą wszystko, co znałem. Ośrodek, ludzi, numer D-4347. Wszystko.
A przed sobą miałem... pustynię.
Byłem wolny. Ale niebezpieczeństwo wcale się nie skończyło.
[Kilka godzin później]
Słońce piekło niemiłosiernie. Szłem przed siebie, bez konkretnego celu, po prostu odchodząc. Skóra piekła mnie od słońca, usta miałem spieczone, a każdy krok wydawał się cięższy od poprzedniego. Nie wiedziałem, dokąd zmierzam, ale jedno było pewne — nie mogłem się zatrzymać.
I wtedy go zobaczyłem.
Stary, opuszczony dom. Stał samotnie, wbity w piasek, jakby świat o nim zapomniał. Na pierwszy rzut oka wyglądał na ruinę, ale kiedy podszedłem bliżej, zobaczyłem, że konstrukcja była zaskakująco solidna. Drzwi skrzypnęły, gdy je otworzyłem.
W środku panował chłód i półmrok. Kurz unosił się w powietrzu, a meble pokrywała cienka warstwa brudu. Ale był dach nad głową. Cień. Schronienie.
Usiadłem w kącie, oparty o ścianę, i przez długi czas po prostu oddychałem. Cicho. Spokojnie. W końcu… sam.

Comments (2)
See all