Usiadłem na stare, skrzypiące krzesło naprzeciwko lustra. Na jego powierzchni osiadła cienka warstwa kurzu, ale wciąż mogłem dostrzec swoje odbicie. I wtedy… zatrzymałem się.
Zobaczyłem siebie.
Po raz pierwszy od dłuższego czasu naprawdę zobaczyłem siebie. Nie przez szybę w celi, nie jako cień rzucony przez fluorescencyjne światło — ale naprawdę. Spojrzałem sobie w oczy. Niebieskie, zmęczone, z cieniem czegoś więcej. Strachu? Gniewu? A może… przebudzenia?
Pomarańczowy, brudny strój klasy D był jak znak hańby. Ale nie tylko — był też dowodem na to, że wciąż żyję. Moje odbicie przywołało wspomnienie. Austin. Ciepłe światła miasta, zapach spalin i kawy. Mama, która zawsze czekała przy stole. Moje dawne życie. Życie, które mogło już nie istnieć.
Otarłem twarz z kurzu i spojrzałem jeszcze raz. Aiden Duneal. Człowiek, który przeżył coś, co miało zakończyć jego istnienie. I teraz… był tu.
Tymczasem, w jednym z ośrodków Fundacji
Gabinet był chłodny, surowy, pachniał papierem, plastikiem i chemikaliami. Doktor Faro siedział za biurkiem, przeglądając stos raportów. Jego twarz była spokojna, ale skupiona. W pewnym momencie do pomieszczenia wszedł młodszy naukowiec.
— Doktorze Faro, namierzyliśmy cel. — powiedział nieco zbyt głośno, ale z wyczuwalnym napięciem.
Faro uniósł wzrok. Jego brwi drgnęły.
— Wyśmienicie. Masz skrócony opis?
Młodszy podał mu teczkę. Faro otworzył ją i czytał na głos:
Opis obiektu: Aiden Duneal
Wzrost: 187 cm
Wygląd: lekko umięśniona i wyprostowana sylwetka, niebieskie oczy, krótkie, czarne włosy
Inne znaki szczególne: blizna na prawym oku spowodowana spotkaniem z obiektem SCP-667-2
Na jego twarzy pojawił się ledwie dostrzegalny uśmiech.
— Zwołaj zespół MTF. Damy naszemu obiektowi niespodziankę.
---
Dalej ukrywałem się w opuszczonym domu, szukałem czegokolwiek, co mogłoby mi pomóc w dalszej ucieczce. Znalazłem kilka konserw — stare, ale nadal hermetyczne — i trzy butelki wody. Wziąłem jedną i wypiłem połowę. Gardło bolało mnie z odwodnienia, a żołądek z ulgą przyjął choć odrobinę pożywienia.
I wtedy to usłyszałem.
Warkot.
Najpierw niski, ledwie słyszalny. Potem narastający.
Helikopter.
Wyszedłem na zewnątrz, trzymając się ściany domu. Spojrzałem w niebo — nad głową zawisł czarny śmigłowiec Fundacji. Po chwili na horyzoncie pojawiły się pojazdy — czarne SUV-y, pancerne, oznaczone jedynie numerami. Zatrzymały się jakieś pięć metrów ode mnie. Drzwi się otworzyły, ale nikt jeszcze nie wysiadł.
Z helikoptera opuściła się lina. Zjechał po niej człowiek w białym płaszczu laboratoryjnym — nonszalancko, jakby wychodził z windy w hotelu. Gdy jego stopy dotknęły piasku, podszedł kilka kroków i spojrzał mi prosto w oczy.
Miał spokojną twarz. Trochę zbyt spokojną.
— Witaj, Aiden
— powiedział z uśmiechem, który nie sięgał jego oczu.
Nie odpowiedziałem.
Nie ruszyłem się.
Nie oddychałem zbyt głęboko.
Czekałem, aż wyciągnie rękę, pistolet, dokument, rozkaz — cokolwiek.
Ale on tylko dodał:
— Chyba czas wrócić do ośrodka

Comments (1)
See all