Spojrzałem ostatni raz na pustkowie rozciągające się za mną. Tyle czasu, tyle wysiłku, żeby się wyrwać. I wystarczył jeden moment, jedno słowo, jeden pstryk palcami — żeby to wszystko przestało mieć znaczenie.
Westchnąłem, po czym chwyciłem linową drabinkę. Każdy krok w górę był cięższy od poprzedniego, jakby mój umysł próbował powstrzymać ciało przed tym, co miało nadejść. Gdy wreszcie dotarłem na pokład, strażnicy natychmiast mnie otoczyli, choć nie byłem już zagrożeniem. Nie musiałem być — wystarczyło, że wiedziałem zbyt wiele.
Doktor usiadł naprzeciwko mnie, zapinając pas bezpieczeństwa. Ja zrobiłem to samo. Helikopter ruszył, a jego wnętrze wypełnił rytmiczny hałas łopat. Pustynia malała, aż w końcu całkiem zniknęła z pola widzenia.
Ciszę przerwał głos doktora.
— Wiedziałem, że wybierzesz rozsądek. W gruncie rzeczy zawsze byłeś… podatny na logikę. Taki z ciebie typ.
— Nie udawaj, że mnie znasz — odburknąłem. — Nic o mnie nie wiesz.
Uśmiechnął się lekko.
— Wierz mi, Aiden, wiemy o tobie więcej, niż ty sam. Twoje reakcje, schematy myślenia, odpowiedzi na stres — wszystko to mamy w raportach. Twoje spotkania z obiektami SCP. Twój przypadek z SCP-667-2. Ta blizna na oku? Znamy jej dokładny skład chemiczny.
Zacisnąłem dłonie.
— Więc po co te gierki? Po co ta zabawa z komunikatorem? Po co dawać mi nadzieję?
Doktor spojrzał przez okno, jakby rozważał, czy warto odpowiadać. W końcu rzucił:
— Chciałem sprawdzić, czy jesteś gotowy. Czy twoje przystosowanie do kontaktu z obiektami było przypadkowe… czy jesteś czymś więcej.
Zamarłem.
— Czymś więcej?
— Jeszcze nie teraz, Aiden. Na razie chcemy tylko… porozmawiać. Zbadać. Obserwować.
— A potem?
Doktor spojrzał mi w oczy. Po raz pierwszy odczułem coś, co wyglądało jak autentyczna powaga.
— A potem się okaże, czy jesteś zagrożeniem... czy narzędziem.
Helikopter wleciał w przestrzeń powietrzną nad jednym z najbardziej odizolowanych regionów. Poniżej pojawił się kompleks — czarny, geometryczny, niepasujący do otoczenia. Nowa placówka Fundacji.
Nowe piekło.
Wiedziałem jedno: wróciłem do środka. Ale tym razem nie jako bezimienny numer.
Tym razem jako coś, czego oni jeszcze do końca nie rozumieli.

Comments (0)
See all