7.1 - Uczucie Déjà vu
Wioska, do której przybyliśmy, wyglądała spokojnie – zbyt spokojnie.
Drobne, drewniane domki stały przy wąskich, ukrytych między drzewami ścieżkach, a powietrze przesycone było zapachem wilgoci i palonego drewna. Choć wydawało się, że życie tutaj toczyło się swoim powolnym rytmem, miałam wrażenie, że coś czai się w cieniu – coś, co czeka na odkrycie.
Dostaliśmy się tu szybko, korzystając z jednego z wynalazków Ethena – jego teleporterów.
— Ciekawe, że takie miejsca jeszcze istnieją. — zastanowił się Laen, dotykając podbródka i omiatając wzrokiem otoczenie.
— Kojarzy mi się to z wioskami, w których żyją rasy humanoidalne.
Sydeniya drgnęła.
Jej twarz natychmiast się zmieniła – zniknął z niej spokój, zastąpiony przez coś trudnego do określenia. Nie spojrzała na niego, zamiast tego wbiła wzrok w ziemię, jakby nagle coś sobie przypomniała.
Laen zauważył swoją gafę.
— Przepraszam… nie miałem tego na myśli.
— Nie szkodzi.
Jej usta wykrzywiły się w smutnym uśmiechu, a na policzkach pojawiły się drobne łzy.
— To nie jest złe wspomnienie. Po prostu… to miejsce przypomina mi dom, w którym żyłam jako dziecko.
Och.
— Jeśli ten temat jest dla ciebie trudny, nie musimy o tym rozmawiać. — powiedziałam cicho.
Sydeniya otarła łzy wierzchem dłoni.
— Nie, to w porządku.
Wzięła głęboki oddech.
— Wiesz, różne bestie mają swoje terytoria. Sonill i Alexandria należą do Hardy’ów.
Skrzywiłam się.
— Mój dom również został przez nie zniszczony.
Zatrzymała się na chwilę, jakby nie była pewna, czy chce mówić dalej.
— Tak samo jak tutaj, moja wioska znajdowała się w środku lasu.
Jej głos zaczął drżeć.
— Ale tam było więcej ludzi.
Spojrzała na mnie, a jej oczy lśniły.
— Żyły tam wyłącznie elfy mojego klanu.
— Elfy są podzielone na różne klany. Mój był ostatnim klanem bordowych elfów.
Głos jej się załamał.
— I… jestem ostatnią elfką tego klanu, która zdołała przetrwać.
Łzy zaczęły spływać jej po policzkach, jedna za drugą.
Laen położył jej dłoń na ramieniu.
— Nie musisz o tym mówić. — powiedział cicho. — Wiem, że to boli.
Sydeniya zacisnęła palce na jego ręce, nie odtrącając jej.
— Ciekawe, jak wyglądałoby moje życie, gdyby ta wioska nadal tam była…
Przymknęła oczy.
— Mieszkałabym tam z rodzicami. Z bratem.
Laen położył drugą dłoń na jej ramieniu i ścisnął je mocniej.
— Wiesz… — zaczął.
Jego głos brzmiał dziwnie.
— Sam chciałbym wrócić do domu.
I wtedy jego oczy się zmieniły.
— ALE TO JUŻ JEST NIEMOŻLIWE!
Jego krzyk przeszył powietrze jak ostrze.
Zadrżałam.
— Skąd wiesz, że na pewno nikt nie przeżył, oprócz ciebie? — spytałam.
Sydeniya zacisnęła zęby.
— Nie mam pewności… — wyszeptała.
— Ale od tamtego czasu nigdy nie widziałam nikogo z mojego klanu.
Wskazała na swoje bordowe włosy.
— Nasza rasa jest łatwa do rozpoznania.
Nie wiedziałam, co powiedzieć.
Mój wzrok padł na pobliski stragan z jabłkami.
— Może pójdziemy coś przekąsić? — zaproponowałam, aby spróbować pozbyć się ponurej atmosfery.
Sydeniya spojrzała na mnie i lekko się uśmiechnęła.
Gdy podeszliśmy do straganu, staruszka podała nam po jabłku.
— Będą to trzy zenity.
Wyjęłam pieniądze i podałam jej monety.
— Dziękuję.
Kiedy już mieliśmy odejść, staruszka spojrzała na nas uważnie.
— Przepraszam, ale słyszałam waszą rozmowę.
Rozejrzałam się – inni mieszkańcy również na nas patrzyli.
— Słyszałam wiele o tej osadzie.
Sydeniya spojrzała na staruszkę.
— Czy wie pani coś więcej?
— Trochę pamiętam. To było piętnaście lat temu.
Serce mi przyspieszyło.
— Moi znajomi tam mieszkali. Gdy byłam w waszym wieku, często ich odwiedzałam.
— Czy pamięta pani, gdzie dokładnie znajdowała się ta osada?
Staruszka pokręciła głową.
— Wszystko zostało zrównane z ziemią.
— Kto to zrobił? — zapytałam. — To na pewno nie były zwykłe bestie!
— Nie, proszę, nie pytaj… — zaczął Laen, ale już było za późno.
Staruszka westchnęła ciężko.
— Naukowiec imieniem Etheniel zbombardował ich.
Etheniel… Hmm.. CZEKAJ CO?
Na prawde Sydeniya skłamała mi prosto w twarz mówiąc, że były to bestie?!
Zszokowałam się niewyobrażalnie.
Pół godziny później siedzieliśmy na murku w Alexandrii.
— DLACZEGO NIE POWIEDZIELIŚCIE MI, ŻE ZADAJEMY SIĘ Z PSYCHOPATĄ, MORDERCĄ I TERRORYSTĄ?! — wrzasnęłam.
Laen i Sydeniya milczeli.
Wstałam i spojrzałam na nich wściekle.
— ODPOWIADAJCIE NATYCHMIAST!
Laen w końcu się odezwał.
— Dużo rzeczy, które nie zostały wyjaśnione, zrzuca się na Ethen’a. Kiedyś zawiódł rząd, a oni nigdy mu tego nie wybaczyli. Jeśli nie mogą znaleźć winnego, obwiniają jego.
Zmrużyłam oczy.
— To znaczy, że to kłamstwo?
— Nikt nie wie na pewno. — Laen wzruszył ramionami. — Ethen zdradził kiedyś króla i królewskich rycerzy. Od tego czasu się na nim mszczą.
— Czyli jednak coś zrobił.
Spojrzałam na nich ostro.
— Więc jak ich zdradził?
— Tego nie wiemy.
Wzięłam głęboki oddech.
— A wioska Sydeniyi?
— Był tam. I stamtąd zaadoptował Sydeniyę.
— Więc wszyscy go uważają za zbrodniarza?
Laen skinął głową.
— Jest znany na całym świecie. Nikt nie zna jego prawdziwych celów. Nawet my z Sydeniyą.
Serce waliło mi w piersi.
Obejrzałam się za siebie.
Czułam, jak wszyscy nas obserwują.

Comments (2)
See all