7.2 - Uczucie Déjà vu
Noc była gęsta i ciężka, jakby świat zapadł w głęboki, nieprzebudzony sen.
Dom Ethen’a był skromny, niemal surowy – brakowało w nim mebli, a przestrzeń wydawała się pusta i chłodna. Drewniane ściany skrzypiały cicho pod wpływem wiatru, a na podłodze leżały tylko cienkie maty, na których spaliśmy.
Sydeniya była po mojej lewej stronie. Po prawej – Laen. A ja byłam w środku. Najgorsza możliwa pozycja.
Oboje już dawno pogrążyli się we śnie, ich spokojne oddechy wypełniały ciszę nocy.
Ja, jak zawsze, leżałam bez ruchu, bezskutecznie próbując zmrużyć oko.
Nie czułam zmęczenia. Nie czułam senności. Nigdy. Dlaczego?
Westchnęłam cicho, wpatrując się w sufit.
Osiem godzin udawania, że śpię. To była tortura.
Nagle z lewej strony usłyszałam ciche szlochy.
Obróciłam głowę.
Sydeniya…
Jej twarz była ściągnięta w bólu, a powieki drżały. Miała koszmar.
Bez zastanowienia chwyciłam jej dłoń. Była ciepła.
Mocniej zacisnęłam palce wokół jej ręki.
Może to nic nie da… Ale chciałam, żeby wiedziała, że nie jest sama.
(Sen Sydeniyii)
(Zmiana pierwszej osoby na Sydeniye)
Rodzice zawsze czytali mi do snu. Kocham fikcję. Uwielbiam wędrować myślami do innych światów, przeżywać historie jako ktoś inny.
Siedziałam na kolanach mamy, wtulona w nią, słuchając jej spokojnego, kojącego głosu. Czytała mi ulubioną książkę. Uśmiechała się. Była ciepła. Czułam bicie jej serca.
I wtedy… Zasnąłem. Ale coś było nie tak.
Przebudziłam się. Ciało mojej mamy… było zimne.
Zawsze zasypiałam, słuchając rytmicznego bicia jej serca. Teraz nie słyszałam nic. Serce ścisnęło mi się w piersi.
To już kiedyś mi się śniło…
To tylko sen…
To tylko durny sen…
Wtuliłam się mocniej w jej ramiona, szukając ciepła, którego tam nie było. Poczułam coś mokrego. Wystraszyłam się i natychmiast otwarłam oczy.
Była cała we krwi.
Płacz wyrwał mi się z gardła, nim zdążyłam pomyśleć. Żal, rozpacz i czysta bezradność wypełniły mnie całkowicie.
Zsunęłam się z jej kolan, opadając na zimną, twardą podłogę. Cały świat wokół mnie zniknął – została tylko ona.
Jej bezwładne ciało.
Jej nieruchoma twarz.
Jej krew, rozlewająca się wokół mnie.
Płakałam przez długie godziny. Byłam dzieckiem. Nie rozumiałam, czym jest śmierć. Czy to znaczy, że nigdy już jej nie zobaczę? Że zasnęła na zawsze? Ale… dlaczego?
Objęłam się ramionami, trzęsąc się. Chciałam, żeby ktoś mnie przytulił. Żeby ktoś wyciągnął do mnie rękę i powiedział:
"Spokojnie. Nie masz się czym martwić. Jestem tutaj."
Ale nikt nie przyszedł.
Położyłam się na podłodze, na plamie krwi mojej mamy. Wyciągnęłam dłoń przed siebie, jakbym błagała, by ktoś ją pochwycił.
Ale nikogo nie było.
Co z moim ojcem? Co z moim bratem? Gdzie byli, kiedy ich potrzebowałam?
Zamknęłam oczy. Aż… Poczułam znane mi ciepło. Oplotło mnie delikatnie, łagodnie, niczym ciepła kołdra w zimową noc. Smutek odpłynął.
Kiedy otworzyłam oczy, byłam w ramionach Ethen’a. Jedną ręką przytrzymywał mnie blisko siebie, a drugą mocno ściskał moją dłoń.
I w tej chwili… Cały ból po prostu zniknął.
(Koniec snu Sydeniyi)
(Zmiana pierwszej osoby na Lytie)
Sydeniya otworzyła oczy.
Uśmiechnęła się do mnie.
Ale łzy wciąż spływały po jej policzkach.
— To dlatego zrobiło mi się tak ciepło… — wyszeptała.
Nie chciała obudzić Laen’a.
Ja tylko się uśmiechnęłam, nie puszczając jej dłoni.
Sydeniya przymknęła powieki i mocniej zacisnęła palce na mojej ręce.
Kiedy zasnęła, mój uśmiech zniknął.
I co ja mam teraz zrobić? Nie mogę tak leżeć całą noc. Ale nie chcę, żeby znowu miała koszmar.
Westchnęłam i spojrzałam na Laena. Uśmiechnęłam się pod nosem.
Mam pomysł.
Wymknęłam się z domu, przeskakując przez okno.
Noc była cicha i nieruchoma.
Powietrze pachniało wilgocią, a miasto Sonillu spało – nigdzie nie było żywej duszy.
Szłam przez opustoszały rynek, aż dotarłam do ławki obok dużego pomnika.
Usiadłam i rozkraczyłam się, opierając łokieć o oparcie.
Westchnęłam.
Dlaczego jestem taka dziwna?
Nie czuję głodu. Nie czuję zmęczenia. Nie czuję potrzeby snu.
Czy to przez tę pieczęć?
Z frustracją kopnęłam kamień leżący u moich stóp.
Nawet po przejściu tylu kilometrów nie byłam zmęczona.
Spojrzałam na niebo. Gwiazdy wyglądały pięknie.
Zamknęłam oczy i przypomniałam sobie Nave’a.
On też nigdy nie wyglądał na zmęczonego…
Zastanawiałam się, co teraz robi. Czy jeszcze się spotkamy?
Potrząsnęłam głową.
— Strata czasu na takie rozmyślanie. — mruknęłam do siebie.
Wstałam i wyjęłam miecz.
Jeśli nie mogę spać, to mogę przynajmniej trenować. Musze wykorzystać ten czas w odpowiedni sposób.
Wbiłam ostrze w ciało bestii, rozcinając je na pół. Hardy padł martwy u moich stóp.
Wytarłam ostrze o trawę i spojrzałam na zwłoki.
Dlaczego umiem walczyć? Nigdy wcześniej nie trenowałam…
Zacisnęłam pięści.
— Wszystko mnie irytuje! Nie rozumiem niczego!
Z boku wyskoczył kolejny Hardy.
Z wściekłością rozćwiartowałam go jednym cięciem.
Usłyszałam kroki. To byli rycerze.
Ukryłam się za drzewem i obserwowałam, jak przebiegają obok.
To nie moja sprawa. Pewnie muszą patrolować las nocą, aby jakiś Hardy nie dostał się do miasta.
Kiedy odeszli, spojrzałam na miecz Nave’a. Był solidny, dobrze wyważony. Bez powodu się w niego wpatrywałam.
— Masz solidne cięcie..
Wystraszyłam się. Za mną stała postać.
Szybko odwróciłam się i uniosłam broń.
To nie był człowiek. To był ryś. I on… mówił.

Comments (0)
See all