Maszerowałem po kamienistej ścieżce, która prowadziła przez obozowisko rekrutów. Po obu jej stronach, w równych rzędach, rozstawiono namioty. Byłem tu już od kilku tygodni, więc mniej więcej wiedziałem, jak wszystko funkcjonuje.
Z rękami w kieszeniach szedłem przed siebie. Każdy dzień wyglądał tak samo.
Nagle coś się zmieniło.
Cień przesłonił mi twarz. Zatrzymałem się.
Przede mną stanęło dwóch dorosłych mężczyzn – rekruci, tak jak ja. Jeden miał brązowe włosy i krótki zarost, drugi czarne, gładko uczesane włosy. Ubrani byli w standardowy ekwipunek treningowy.
— Pan Baldur Clothar wspominał, że mamy w obozie jakiegoś dzieciaka — powiedział ten z zarostem, uśmiechając się kpiąco.
Stałem prosto, patrząc na nich obojętnie.
— To nie miejsce dla dzieci, hahaha — dodał drugi.
Obaj wybuchnęli śmiechem, który jednak nagle przygasł. Mężczyzna z brodą zmarszczył brwi, jakby dostrzegł coś, co go zaintrygowało.
— Ten kolor włosów… Albinizm? Hahaha! No proszę, nie dość, że dzieciak, to jeszcze schorowany. Zgaduję, że rodzice wyrzucili cię z domu, bo nie chcieli utrzymywać takiego dziwoląga. Pewnie nie miałeś wyboru i zgłosiłeś się do rekrutów, żeby zarobić Zenity. Teraz wszędzie brakuje rycerzy, więc przyjęli cię bez problemu.
— Hahahahaha…
Mówili coś jeszcze, ale zgubiłem się już na początku. Nawet nie wiedziałem, czym jest ten cały albinizm, więc resztę ich słów trudno było mi zrozumieć.
— Do kogo to mówiliście? — zapytałem, spoglądając na nich chłodno.
Ich uśmiechy zniknęły. Spojrzeli na siebie, po czym kiwnęli głowami, jakby podjęli jakąś decyzję.
Mężczyzna z zarostem pochylił się, aż nasze twarze znalazły się na tym samym poziomie.
Nie odwróciłem wzroku. Wręcz przeciwnie – patrzyłem mu prosto w oczy, bez cienia strachu czy zwątpienia.
— Jestem Glaton Grawer, a to mój kumpel, Oiser Nezdor — powiedział.
— Pan Baldur wspominał, że nie podałeś swojego prawdziwego imienia, tylko pseudonim — dodał Oiser.
Glaton wyprostował się, krzyżując ręce na piersi.
— Jak to szło? Sefjus? Hahaha! Brzmi jak imię jakiejś postaci z taniej mitologii.
— Wiesz, co chcemy ci przez to powiedzieć? To nie jest miejsce dla bachorów. Tu liczy się siła, dojrzałość i prawdziwa męskość. A ty nie masz żadnej z tych cech.
Skończyli już ten ich testament?
Nagle Glaton chwycił mnie za gardło i uniósł w powietrze.
Złapałem jego nadgarstek obiema rękami, próbując poluzować uścisk, ale nie miałem szans. Dusiłem się. Czułem, jak pot spływa mi po skroniach.
Na twarzy Glatona pojawił się szeroki, sadystyczny uśmiech.
Jego zachowanie bawiło mnie. Uśmiechnąłem się lekko.
To musiało wyglądać dziwnie – dusiłem się, a mimo to się uśmiechałem.
— P-przepraszam! Tak nie można! — rozległ się nagle głos.
Podbiegł do nas niski chłopak, mniej więcej mojego wzrostu.
— Ktoś ty? — zapytał Glaton, nawet na niego nie patrząc.
— Z-zostawcie go! O-on nic nie zrobił! — zawołał chłopak, wyraźnie przerażony.
Cały się trząsł.
Spojrzałem na niego kątem oka.
Glaton skrzywił się z irytacją, a potem z rozmachem cisnął mną o ziemię. Przeleciałem kilka metrów i upadłem na kamienistą ścieżkę.
Przez chwilę leżałem bez ruchu, czując, jak ostre kamienie ranią mi skórę.
— Hahahaha! — Grawer i Nezdor znów zaczęli się smiać.
Chyba powinienem udawać, że bardziej mnie to zabolało.
Gdy usłyszałem, że oddalają się, uchyliłem powieki. Moje oczy zaczęły lśnić intensywną żółcią. Patrzyłem, jak odchodzą, wzrokiem, jakbym chciał się zemścić.
— N-nic ci się nie stało? — zapytał cicho chłopak, który przed chwilą stanął w mojej obronie.
Gdy spojrzałem na niego, kolor moich oczu powrócił do normalnego.
Powoli podniosłem się do pozycji siedzącej, otrzepując się z piachu.
— Nie wtrącaj się w nie swoje sprawy — rzuciłem chłodno.
Chłopak złapał mnie za ramię, chcąc pomóc mi wstać, ale gdy to zauważyłem, podniosłem się samodzielnie.
— H-he? — zdziwił się.
Co w tym takiego niezwykłego, że potrafię wstać o własnych siłach?
— Ktoś mi powiedział, że wśród rekrutów jest jedna osoba w moim wieku — zaczął mówić.
Patrzyłem na niego beznamiętnie, gdy nieco nieporadnie kontynuował:
— I wiesz… W-wszyscy tutaj mają po trzydzieści lat, więc pomyślałem, że cię znajdę i… może się zaprzyjaźnimy?
Zaprzyjaźnić się?
Ten dzieciak chyba nie ma pojęcia, w co się pakuje.
Włożyłem ręce do kieszeni i ruszyłem przed siebie.
Dlaczego on idzie za mną?
— Jestem Vikir Sullvan i mam 13 lat. Podobnie jak ty.
Podobnie jak ja?
Zaraz… Sullvan? Skądś kojarzę to nazwisko.
— T-tak jak mówiłem, jesteśmy w podobnym wieku, więc możemy się zakolegować.
Przestań za mną łazić!
— Już to mówiłeś. Nie chodź za mną! — warknąłem zirytowany.
Vikir nie posłuchał.
Nagle poczułem coś znajomego. Aurę, której nie powinno tu być. Zatrzymałem się gwałtownie. Vikir, który szedł tuż za mną, wpadł na mnie.
To było silne… Zbyt silne.
Niepokojące. To już czwarty na tej planecie?
— W-wiesz, moja mama jest silnym wojownikiem i…
Jednak ta aura jest inna. Nie znam jej.
Czy ta osoba wie o mojej obecności tutaj? Jeśli tak i jest wrogo nastawiona…
Odwróciłem się do Vikir’a.
— Zamknij się. Próbuję się skupić!
Nie czekałem na jego reakcję. Rzuciłem się do biegu.
Musze znaleźć osobę , która emanuje tą aurą. Za wszelką cenę.
Po dwudziestu sekundach biegu, Vikir został daleko w tyle, dysząc ciężko.
Gdy dotarłem na miejsce, ukucnąłem za jednym z namiotów.
Musiałem zidentyfikować, go.
Odwróciłem się i zdziwiłem.
Za mną stał chłopak mojego wzrostu, owinięty w długi płaszcz. Nie widziałem jego twarzy, ale czułem, że to on.
Ja go szukałem, ale on też mnie próbował wychwycić.
Patrzyliśmy na siebie w ciszy.
Wiedziałem, że on wie. I on wiedział, że ja wiem.
Spodziewałem się kogoś znacznie innego. Naprawdę…
Patrzeliśmy się tak na siebie przez chwile z neutralnym wyrazem twarzy.
Usłyszałem ciężkie kroki i urywany oddech. Vikir w końcu dogonił mnie, ledwo trzymając się na nogach.
— C-czemu tak szybko biegłeś? N-nie mogłem cię dogonić… — wydyszał.
Zamaskowany chłopak i ja spojrzeliśmy na niego jednocześnie.
Zaraz potem nieznajomy ruszył przed siebie. Nie powiedział ani słowa, po prostu minął nas obojętnie.
Zmrużyłem oczy.
Cholera. Chciałem z nim porozmawiać o czymś ważnym, a ten Vikir wszystko zepsuł!
Wstałem i otrzepałem ubranie.
Jeszcze przez moment odprowadzałem zamaskowanego wzrokiem. Był już kilka metrów dalej, kiedy nagle się zatrzymał.
Odwrócił się na krótką chwilę, jakby chciał się upewnić, że nadal na niego patrzę.
Nasze spojrzenia znów się spotkały.
Po chwili odwrócił się i zniknął daleko w tle.
— Z-znasz go? — zapytał cicho Vikir.
— Moż… Czekaj! Czemu mam ci w ogóle odpowiadać?!
Dopiero po chwili dotarło do mnie, że niemal zdradziłem swoje myśli. Zacisnąłem zęby, zirytowany samym sobą.
— Ponoć… każdy się boi z nim rozmawiać — dodał Vikir ostrożnie.
Boją się go?
Zmarszczyłem brwi i ponownie spojrzałem w stronę, gdzie przed chwilą jeszcze stał.
Nie został po nim żaden ślad.

Comments (0)
See all