Usiadłem na krześle. Zrobiło mi się słabo, a ręce zaczęły drżeć ze strachu i niedowierzania. Ciemność zaczęła zasnuwać mi oczy, aż w końcu nic już nie widziałem. Chyba zemdlałem… A przynajmniej tak mi się wydawało. Nie wiem, ile czasu to trwało ani co się ze mną działo.
Gdy zacząłem odzyskiwać świadomość, wciąż siedziałem na krześle przy niewielkim, szarym, metalowym stoliku. Na nadgarstkach miałem kajdanki przypięte do jego powierzchni. Pokój był niewielki – jedna ze ścian pokryta była szybą lub lustrem weneckim, naprzeciwko mnie stało drugie krzesło, a nad stolikiem wisiała lampa, rzucając ostre światło na pomieszczenie.
Nagle drzwi się otworzyły. Wszedł przez nie mężczyzna w białym fartuchu – naukowiec – w towarzystwie dwóch uzbrojonych strażników, którzy stanęli za nim przy drzwiach.
— Gdzie ja jestem? Gdzie mnie znowu przenieśliście? — zapytałem, starając się zachować spokój, choć serce waliło mi jak oszalałe.
— Proszę się uspokoić, panie... — Mężczyzna spojrzał na niewielką kartkę, która wyglądała jak notatka. — Panie Duval... To tylko procedura. Nie ma powodu do zdenerwowania.
Położył przede mną dokument i długopis.
— Niech pan podpisze ten dokument.
— Co to jest? — spojrzałem na niego podejrzliwie.
— To zgoda na udostępnienie informacji, których mi pan udzieli, oraz akceptacja badań i przesłuchań bez możliwości sprzeciwu.
— A jeśli nie podpiszę?
Mężczyzna tylko spojrzał na mnie bez słowa. Odpowiedź była aż nazbyt oczywista.
Nie miałem wyboru. Westchnąłem ciężko, po czym chwyciłem długopis i podpisałem dokument. Spojrzałem na rubrykę z podpisami osób uprawnionych do wglądu – widniały tam nazwiska kilku doktorów, w tym „Dr. Wstrząs” i „Dr. Williams”.
— Cieszę się, że się rozumiemy… — powiedział naukowiec z lekkim uśmiechem. — Zatem zacznijmy od początku. Nazywam się doktor Williams, zadam panu kilka pytań. Mam nadzieję, że odpowie pan na nie zgodnie z prawdą.
— Dobrze, pytaj. — Odsunąłem dokument i długopis na bok.
Doktor wyjął notatnik z kieszeni fartucha, kliknął długopisem i zaczął notować.
— Zatem… nazywa się pan Aiden Duval, zgadza się?
Kiwnąłem głową.
— Mhm… Od jak dawna przebywa pan w Fundacji?
— Ponad rok.
Doktor coś zapisał, po czym kontynuował.
— Czy wie pan, dlaczego został pan sprowadzony tutaj, zamiast zostać wyeliminowany na miejscu?
— Nie mam pojęcia.
— Znajduje się pan tutaj, ponieważ podejrzewamy, że posiada pan anomalne zdolności regeneracyjne.
— Ale ja nie jestem anomalny! — rzuciłem ostro.
W tym momencie poczułem lekkie pieczenie w oku. Zanim zdążyłem się zreflektować, światło lampy odbiło się w jego powierzchni – moje prawe oko przez ułamek sekundy zajaśniało intensywną czerwienią.
— Proszę się uspokoić. — Głos doktora stał się chłodniejszy. — Radzę dobrze. Przeprowadzimy na panu szereg badań, aby sprawdzić, czy to prawda, i zdecydujemy, co z panem zrobić.
Próbowałem się uspokoić.
— Teraz proszę mi powiedzieć, czy wie pan, czym jest Rebelia Chaosu?
— Nie, nie wiem, ale spotkałem się z nią podczas ataku. Z nikim jednak nie rozmawiałem.
— Rozumiem… A czy kojarzy pan kult Zepsutego Boga albo kult Zaginionego SI?
— Nie mam pojęcia, co to jest.
— A co wie pan na temat innych bytów występujących na terenie Ośrodka?
— Wiem jedynie tyle, że istnieją. Spotkałem kilka z nich osobiście.
— Z którego ośrodka pan pochodzi?
— Z Ośrodka 73.
— Okej… — Williams zapisał coś w notatniku. — Co pan wie o Fundacji i jej działaniach?
— Wiem tyle, że mordujecie ludzi i trzymacie jakieś niebezpieczne byty… czy czymkolwiek one są.
Naukowiec zanotował coś jeszcze, po czym bez słowa wstał i wyszedł z pomieszczenia.
Po około pięciu, może siedmiu minutach wrócił, trzymając w ręku kubek z jakimś napojem. Postawił go przede mną na stoliku.
— Proszę to wypić.
Spojrzałem na ciecz w kubku – miała ciemnopomarańczowy kolor. Nie miałem zbyt wielkiego wyboru, więc niepewnie wziąłem łyk. Smak był delikatnie cynamonowy.
Po chwili wszystko wokół mnie zaczęło niknąć w ciemności. Nie wiem, czy byłem wtedy świadomy jeśli w ogóle byłem.
Witam wszystkich, mam na imię Aiden Duvel, chociaż w fundacji nazywają mnie D-4347. Pochodzę z Teksasu z miasta San Antonio, a zanim tu trafiłem, życie nie było łatwe — problemy finansowe zmusiły mnie do podjęcia tej pracy, choć nigdy nie chciałem tu być. Fundacja, dla której pracuję, jest jak więzienie z niewidzialnymi kratami — nie da się odejść samemu. Jedynie oni mogą cię stąd wypuścić. A ja właśnie czekam na swój koniec, bo niedługo mają mnie zwolnić. Nie wiem, czy mam się cieszyć, czy raczej bać, że te ostatnie dni tutaj będą jeszcze gorsze niż wszystkie poprzednie.
Jak się tu znalazłem? Dostałem kiedyś wiadomość z nieznanego numeru — propozycję pracy, która wydawała się jak wybawienie. Nie pytałem o szczegóły, desperacja nie pozwalała na rozważania. Nie wiedziałem, co mnie czeka. Wkrótce potem przenieśli mnie do ośrodka 73 — nazwa bez znaczenia, ale miejsce... nie z tego świata.
Tu jest pełno ludzi z bronią. Na pierwszy rzut oka to powinno dawać poczucie bezpieczeństwa, ale coś tu nie gra. Atmosfera jest gęsta od podejrzeń, a każdy krok może być ostatnim. To miejsce nie tylko chroni — to więzienie, które obserwuje cię 24 godziny na dobę. Korytarze pełne są szepty i cieni, a twarze innych pracowników są niewyraźne, jakby ukrywały swoje prawdziwe intencje.
Nie czuję się tu bezpiecznie — czuję, że każdy ruch jest śledzony, każdy gest interpretowany. Nie wiem, co tu naprawdę robię i czy kiedykolwiek wyjdę z tego miejsca cało. Marzę tylko o jednym — o dniu, kiedy to piekło zostanie za mną, kiedy będę mógł znów poczuć powietrze wolności bez ciężaru nad sobą. Mam nadzieję, że ten czas szybko minie i nigdy więcej nie będę musiał wracać do tego przeklętego ośrodka.
Comments (2)
See all