Obudziłem się gwałtownie. Moje ciało było ciężkie, jakby ktoś wlał mi do żył ołów. Siedziałem na twardym, zimnym fotelu, unieruchomiony pasami zaciśniętymi tak mocno, że każdy oddech był walką.
Na ręce miałem wbite igły, a cienkie rurki prowadziły do kroplówek i dziwnych urządzeń. Nie wiedziałem, do czego służą, ale ich monotonne piknięcia i szum nie dawały spokoju.
Obok mnie stał mężczyzna — doktor Williams. Jego twarz była pozbawiona emocji, jakby to, co zamierzał zrobić, było dla niego codzienną rutyną.
Na dłoniach miał lateksowe rękawiczki, a w prawej ręce trzymał strzykawkę wypełnioną czymś, co lśniło złowrogo.
— Spokojnie... — powiedział cicho, niemal szeptem. — Jeśli nie będziesz się opierał, nie będzie to aż tak bolesne.
Nie mogłem się ruszyć. Serce biło mi jak oszalałe, a w głowie pulsowała jedna myśl: Co oni mi zrobią?
---
Tymczasem, daleko stąd, w ukrytej głęboko pod ziemią bazie znanej jako Siedziba Rebelii Chaosu, odbywało się spotkanie najważniejszych członków organizacji.
Wielka, ciemna sala rozświetlona była jedynie bladym światłem zwisających z sufitu lamp. Przy długim metalowym stole zasiedli dowódcy i elita Rebelii. Na jego końcu, w cieniu, siedział ich przywódca — Hagdam.
Jego spojrzenie było twarde, niemal lodowate.
— Zebrałem was tutaj z powodu ostatnich... niefortunnych wydarzeń. — Jego głos odbił się echem po sali. — Nasze ataki na Fundację SCP nie przynoszą rezultatów. Straciliśmy zbyt wiele.
Dowódca Cane, stary żołnierz o twardych rysach, odezwał się pierwszy:
— To nie jest takie proste, sir. Mają zbyt dobrze zorganizowaną i uzbrojoną armię. A w Ośrodku-19… jest tam byt. Nazywają go "Faro". Pomaga im i chroni placówkę.
Z drugiej strony stołu rozległ się głos z wyraźnym rosyjskim akcentem. Dowódca Petrov, zimny i opanowany, wtrącił:
— Dokładnie. Nasze ostatnie oddziały zostały tam wybite do ostatniego człowieka. Nigdy wcześniej nie mieliśmy takiej rzezi.
Hagdam spojrzał na nich uważnie.
— Zdaję sobie z tego sprawę. Musimy go zlikwidować — w mniej lub bardziej humanitarny sposób. Ale zanim przejdziemy do radykalnych działań, chcę usłyszeć wasze propozycje.
Zapanowała cisza.
W końcu odezwał się dowódca Smith:
— A może... wyślemy im zdjęcie SCP-096? Jak to coś je zobaczy, wpadnie w szał. Nic go nie zatrzyma. Narobi im więcej szkód, niż Fundacja zdoła naprawić.
— Zwariowałeś?! — wrzasnął Dowódca Withe. — Jeśli 096 ucieknie, zginą tysiące cywilów. Nie możemy do tego dopuścić!
Smith wzruszył ramionami.
— To tylko propozycja...
Hagdam westchnął.
— Zatem nie mamy żadnej innej propozycji?
Cisza.
Przywódca powoli wstał, podszedł do mikrofonu i nacisnął guzik.
— Wprowadźcie "Helisa" do pokoju spotkań numer cztery.
Wszyscy spojrzeli po sobie zaskoczeni. Nikt nie wiedział, kim jest "Helis".
Po chwili do sali wszedł wysoki, ponury mężczyzna o trupio szarych oczach. Jego postura była masywna, a na sobie miał coś, co przypominało zbroję połączoną z mundurem. Na piersi widniał dziwny, nieznany symbol.
Jego głos był niski i ochrypły:
— To znaczy, że mamy z wami współpracować?
Hagdam skinął głową.
— Dokładnie, proszę pana.
Helis prychnął.
— Nie ze mną będziecie rozmawiać.
Zanim ktokolwiek zdążył zareagować, Helis wyciągnął dziwne urządzenie i rzucił je na stół.
Rozbłysło czarno-czerwone światło.
Na środku stołu pojawił się hologram — czerwona, zniekształcona kula, pulsująca niepokojącym blaskiem. Na jej powierzchni widniał ten sam znak, co na zbroi Helisa.
Z kuli wydobył się ochrypły, metaliczny głos:
— Wy... chcecie współpracować...? Dlaczego?
Jego ton był zimny i nieludzki, ale Hagdam nawet nie drgnął.
— Potrzebujemy pomocy, aby zlikwidować Fundację SCP. Priorytetem jest eliminacja bytu zwanego "Faro".
Hologram zadrżał. Jego czerwona poświata przybrała ciemniejszy, niemal krwisty odcień.
Witam wszystkich, mam na imię Aiden Duvel, chociaż w fundacji nazywają mnie D-4347. Pochodzę z Teksasu z miasta San Antonio, a zanim tu trafiłem, życie nie było łatwe — problemy finansowe zmusiły mnie do podjęcia tej pracy, choć nigdy nie chciałem tu być. Fundacja, dla której pracuję, jest jak więzienie z niewidzialnymi kratami — nie da się odejść samemu. Jedynie oni mogą cię stąd wypuścić. A ja właśnie czekam na swój koniec, bo niedługo mają mnie zwolnić. Nie wiem, czy mam się cieszyć, czy raczej bać, że te ostatnie dni tutaj będą jeszcze gorsze niż wszystkie poprzednie.
Jak się tu znalazłem? Dostałem kiedyś wiadomość z nieznanego numeru — propozycję pracy, która wydawała się jak wybawienie. Nie pytałem o szczegóły, desperacja nie pozwalała na rozważania. Nie wiedziałem, co mnie czeka. Wkrótce potem przenieśli mnie do ośrodka 73 — nazwa bez znaczenia, ale miejsce... nie z tego świata.
Tu jest pełno ludzi z bronią. Na pierwszy rzut oka to powinno dawać poczucie bezpieczeństwa, ale coś tu nie gra. Atmosfera jest gęsta od podejrzeń, a każdy krok może być ostatnim. To miejsce nie tylko chroni — to więzienie, które obserwuje cię 24 godziny na dobę. Korytarze pełne są szepty i cieni, a twarze innych pracowników są niewyraźne, jakby ukrywały swoje prawdziwe intencje.
Nie czuję się tu bezpiecznie — czuję, że każdy ruch jest śledzony, każdy gest interpretowany. Nie wiem, co tu naprawdę robię i czy kiedykolwiek wyjdę z tego miejsca cało. Marzę tylko o jednym — o dniu, kiedy to piekło zostanie za mną, kiedy będę mógł znów poczuć powietrze wolności bez ciężaru nad sobą. Mam nadzieję, że ten czas szybko minie i nigdy więcej nie będę musiał wracać do tego przeklętego ośrodka.
Comments (2)
See all