Oczywiście, że wiedzieli, kim… albo raczej czym był.
O5-2 mówił zimno, bez emocji, lecz każde słowo niosło się echem po sali.
— Kiedyś znajdziemy sposób, by się ciebie pozbyć.
Dr. Faro tylko się zaśmiał. Był to śmiech zimny, zniekształcony, ale też nie wykazujący urazy i powiedział z szacunkiem.
— Chciałbym to zobaczyć — wysyczał. — Liczę na to aby wam się to udało, zanim kto inny to zrobi… Ale ja jestem nieśmiertelny. Wy… nierozumne, niedokształcone istoty… nic mi nie zrobicie ani nie zrozumiecie. Myślicie że wszystko możecie trzymać w zamknięciu… Dla was „Szkarłatny król” czy SCP 3812 jest czymś co was przeraża, pokonuje czy nie możecie tego nawet podtrzymać w jednym miejscu.
O5-5 próbował się wtrącić.
— Niestety zdajemy sobie z tego sprawę ale-
Faro mu przerwał
— Nie ma żadnych ale. Gdyby nie ja najprawdopodobniej byście dalej żyli w swoim krótkim polu widzenia.
O5-12 wstał gwałtownie. Jego ręka drgnęła, jakby chciał coś powiedzieć, może rzucić się na Faro. Ale wtedy ich spojrzenia się spotkały.
Upadł nieprzytomny.
Jakby spojrzenie Faro sięgnęło do jego duszy, przeszywając ją… Jakby dawał ostrzeżenie.
— DOŚĆ! — ryknął O5-1.
Wszyscy odwrócili się w jego stronę. Dr. Faro przestał patrzeć na O5-12, który natychmiast upadł na ziemię, nieprzytomny.
— Doktorze, możesz wrócić do swoich zajęć — powiedział chłodno O5-1, po czym spojrzał na O5-3. — Wezwij jakiegoś medyka.
Dr. Faro uśmiechnął się pod nosem, po czym… po prostu zniknął. Bez dźwięku, bez błysku.
O5-12 zaczął powoli odzyskiwać przytomność.
— Naprawdę nie da się z nim nic zrobić? — zapytał O5-7 cicho.
O5-1 wpatrywał się w miejsce, gdzie przed chwilą stał Faro.
— Niestety nie… ale coś wymyślę.
---
Byłem już po badaniach… albo może jeszcze nie. Trudno powiedzieć. Czułem się, jakbym był nieprzytomny… a może w transie? Widziałem tylko ciemność. Ciemność, która z czasem zaczęła rozjaśniać się… najpierw światło w oddali… a potem pokój.
Pokój, który nie przypominał niczego znajomego. Biuro? Może. Ale dziwne. Nienaturalne. Niektóre przedmioty zdawały się wymykać opisowi. Jedynie biurko i trzy krzesła wyglądały… „normalnie”. Dwa po jednej stronie, jedno samotne po drugiej. Na biurku świeciła się mała, prymitywna lampka.
Nagle przestrzeń eksplodowała światłem — feerią barw niemożliwych do nazwania. Na samotnym krześle pojawiła się postać — niemal całkowicie biała, jakby wycięta z innego świata. Miała na sobie kapelusz, a jedynym widocznym elementem twarzy były jej oczy.
— Witaj, Aiden.
— A ty kim jesteś? Skąd znasz moje im...
Postać przerwała mu bez słowa — a mimo to kontynuowała.
— Wiem wszystko, co powinienem. A ty? Wiesz, kim — a raczej czym jesteś?
— Co masz przez to na myśli? Jestem człowiekiem, pod...
Nieznajomy pokręcił głową, wstał i odwrócił się.
— Oj, Synu... wiesz o sobie mniej, niż myślisz.
— Synu? Czym ty, do cholery, jesteś?
Postać obróciła się powoli.
— Jestem Eonabsolad. Stworzycielem wszystkiego, co istnieje. Tego, co widziałeś… i tego, co dopiero zobaczysz. Stworzyłem multiversum. Wymiary. Istoty międzywymiarowe. W tym siedmiu… Aduneiracəa: Feye, Far—
— Zaraz… Dr. Faro jest istotą międzywymiarową?
— A ty… również. Jesteś jednym z Siedmiu.
— Co?! Ale—
— Zauważ, co się dzieje wokół ciebie. Gdy się złościsz — twoje oczy się zmieniają. Przeżyłeś to, czego żaden człowiek nie powinien przetrwać...
I wtedy się obudziłem.
Z przerażeniem.
Huk. Jak eksplozja w oddali, chyba... Leżałem na czymś twardym. Laboratorium — ale inne niż wcześniej. Nie byłem skrępowany. Ale nie mogłem się ruszyć. Bolało mnie całe ciało. Patrzyłem tylko w sufit.
Mechaniczne drzwi syknęły i rozsunęły się.
Ktoś wszedł.
Głos. Kobiecy. Obcy.
— Zatem to ty jesteś ten Aiden, hmm?
Nie mogłem odpowiedzieć. Ból odbierał mi mowę.
— Widzę, że cię trochę poturbowali… Ale widzę też, że coś zadziałało…
Jej kroki były spokojne. Zbliżyła się.
Wreszcie mogłem dostrzec fragment jej twarzy. Żółte oczy. Długie blond włosy. Jasna cera. Ubrana była w garnitur… dziwnie znajomy. Zbyt podobny do kogoś innego.

Comments (1)
See all