Odsunęła się ode mnie na chwilę, a ja poczułem coś… ciepłego. Nie była to zwykła temperatura – to ciepło pulsowało, jakby miało własny rytm, jakby żyło. Rozlewało się po mojej skórze jak płynne światło, zatapiając mnie w czymś, co przypominało sen. Dookoła mojego ciała pojawiła się złocista aura – nie jasna, lecz głęboka, niemalże płynna, jakby otaczała mnie cienką warstwą energii o gęstości mgły. Przez pierwsze sekundy byłem w szoku, niezdolny się poruszyć ani nawet oddychać. Ale potem…
Po czterech minutach – a może to były sekundy? – poczułem, jak moje ciało odzyskuje sprawność. Każdy nerw zdawał się nagle zsynchronizowany, każda komórka – naładowana czymś, czego nie potrafiłem nazwać. Ból ustąpił. Ciężar zniknął. Czułem się… silniejszy niż kiedykolwiek. Aura zniknęła tak nagle, jak się pojawiła. Ciepło wyparowało. Znów byłem tylko sobą – a może już nie?
Kobieta nie ruszyła się z miejsca. Jej wzrok był skupiony, poważny, niemal badawczy. W końcu odezwała się chłodno, ale bez cienia wrogości:
– Wstań…
Posłuchałem. Moje ciało poruszało się z zadziwiającą lekkością, jakby nagle zapomniano mu o wszystkich ranach. Mięśnie działały bez wysiłku, stawy nie bolały. Wstałem i rozejrzałem się. Dopiero teraz uderzył mnie widok zniszczeń.
To było laboratorium. A raczej jego wrak. Rury wystające z roztrzaskanych ścian. Rozbite szkło. Spalone kable, zwisające jak martwe węże. Jakby przeszło przez nie coś… potężnego. Nieokiełznanego.
– Co tu się stało? – zapytałem z niedowierzaniem, a mój głos odbił się echem od pogiętych metalowych powierzchni.
Kobieta spojrzała na mnie, jakby widziała przez moją duszę. Jej spojrzenie było spokojne, ale nieprzeniknione.
– TY to zrobiłeś. I to TY jesteś za to odpowiedzialny.
– Ja? Ale przecież… to niemożliwe!
– A czy Eonabsolad ci nic nie wyjaśnił? Przecież powiedział ci wszystko o twoich mocach… o umiejętnościach. Ten wybuch energii… był tylko początkiem.
Zamarłem.
– Skąd ty to wszystko wiesz? …Chwila… Ty jesteś tą… Feyą?
Na jej twarzy zagościł uśmiech – nie ciepły, raczej… aprobujący. Jakby właśnie zakończył się test, który zdałem. Może nie z wyróżnieniem, ale wystarczająco dobrze, by przejść dalej.
– Widzę, że szybko się uczysz, Aiden… – rzekła spokojnie. – A teraz… czas sprawdzić, czy jesteś kimś więcej niż tylko mięsem armatnim.
– W jaki sposób? – spytałem z wahaniem.
– Dwóch doktorów już czeka. Zaprowadzą cię do podmiotu… znanego jako Doktor Plagi.
Zawahałem się. Serce biło mi szybciej. Nie miałem wyboru. Westchnąłem i skinąłem głową. Wyszliśmy z pomieszczenia. Rzeczywiście – przed drzwiami czekali dwaj naukowcy w białych kitlach. Milcząco ruszyli przodem. Ich twarze były zamknięte, pozbawione emocji. Jakby zrobieni z wosku. Sztuczni. Zmęczeni.
Przeszliśmy kilkoma korytarzami – metalowe ściany, kamery, ciężkie drzwi, światło jarzeniówek rzucające cienie tam, gdzie nie powinno ich być. Mijaliśmy kolejne sekcje oznaczone literami i numerami, a każdy krok wydawał się zbliżać mnie do czegoś nieuniknionego.
W końcu stanęliśmy przed drzwiami z napisem:
SCP-049
Metalowe litery zdawały się drżeć od wewnętrznego napięcia, jakby same próbowały ostrzec mnie przed tym, co czeka po drugiej stronie.
Naukowcy przeszli do pokoju obserwacyjnego za grubą szybą. Jeden z nich odezwał się przez głośnik:
– Aiden… Proszę, wejdź do środka.
Drzwi otworzyły się z sykiem, wypuszczając chmurę zimnego powietrza, jakby oddychała nim sama cela.
Wszedłem.
Drzwi natychmiast zatrzasnęły się za mną z metalicznym hukiem.
Cela była pozornie pusta. Zwykła lampa, betonowe ściany. Ale powietrze… miało inny smak. Cięższy. Gęstszy. Z każdą sekundą czułem, że mój oddech staje się płytszy, jakby powietrze filtrowane przez tysiące wspomnień.
I wtedy go zobaczyłem.
W kącie stała postać. Mężczyzna – a może coś, co tylko przybrało ludzką formę. Miał około 190 centymetrów wzrostu. Był okryty długim, czarnym płaszczem z kapturem, przypominającym stroje lekarzy z czasów zarazy. Tkanina zdawała się poruszać niezależnie od ruchów jego ciała, jakby żyła własnym życiem. Ale maska… nie była zwykła. Nie była zrobiona ze skóry ani z metalu. Wyglądała jak rzeźbiona z kości. A może z czegoś… jeszcze starszego.
A ja… nie wiedziałem, czy przybyłem tu jako rozmówca, jako ofiara… czy jako test.

Comments (0)
See all