Odłożyłam mokry płaszcz na kaloryfer, udałam się do kuchni. Nikt na mnie nie czekał, bo każdy miał już swoje plany na jutro. Tomek do pracy a chłopaki do szkoły. Nie mam im tego za złe. Po prostu rozumiem. Rozumiem wszystko, chociaż czasami to męczące.
-Dostałeś jedynkę? - Nie szkodzi, rozumiem. Pomogę Ci i poprawimy.
- Kumpel nie oddał jeszcze pożyczonych pieniędzy? - Rozumiem nie ma na teraz. Damy mu czas.
- Grałeś w piłkę i zbiłeś komuś szybę? - Rozumiem. Zdarza się. Tak pójdę i porozmawiam.
- Nie byłeś w szkolę? - Rozumiem. Rozumiem. Rozumiem. Rozumiem.
Wszystko rozumiem, nie potrafię na nich krzyczeć, nie bywam zła. Ja po prostu rozumiem.
Zrobiłam sobie herbatę i właśnie szykowałam jajecznicę, gdy do kuchni wszedł Tomek.
- O jesteś już – potarł zaspane oczy. - Co dobrego robisz?
- Jajka. Masz ochotę?
- Jasne – zaśmiał się- jak zawszę – klepnął mnie delikatnie w pośladki.
Uśmiechnęłam się, wszystko wydaje mi się takie normalne. Takie na swoim miejscu. Nic się nie zmienia. Jest dobrze. Nie brakuję nam na nic. Jesteśmy dobraną parą. Nasze dzieci są bystre i bez wątpienia poradzą sobie w życiu. Jest dobrze. Nic dodać nic ująć.
Po skończonej kolacji pozmywałam naczynia, wzięłam szybki prysznic i położyłam się do łóżka.
- Wszystko ok? - zapytał, kiedy ja patrzyłam sobie w sufit, usiłując zasnąć. Co zwykle zajmowało mi z 2- 3 godziny.
- Podwiozłam dzisiaj kolegę z pracy, strasznie pada, a on stał na przystanku cały przemoknięty. - powiedziałam – żal mi się go zrobiło.
- yhm – zamruczał całując mnie po szyi.
Nie słuchał mnie, chciał się kochać. Odwzajemniłam pocałunki i spędziliśmy parę miłych chwil. Po tylu latach razem oboje wiedzieliśmy jak się zadowolić. Stało się to niemal mechaniczne. Po wszystkim on zasypiał niemal natychmiast. Ja wstałam i poszłam do kuchni napić się wody i schłodzić trochę spocone ciało. Otworzyłam drzwi i usiadłam na małym, rozkładanym krzesełku ogrodowym. Owinęłam się szczelnie szlafrokiem i patrzyłam na krople spadające z nieba. Siedziałam tak może z pół godziny, nie myśląc o niczym, po czym wróciłam do łóżka i niemal natychmiast zasnęłam.
Śniło mi się, że stoję na wielkiej górze, nade mną czyste, błękitne niebo, pode mną przepiękny widok na całą okolice. Wiatr powiewał we włosach, a słońce ogrzewało mi twarz. Nagle ziemia pod stopami zaczęła drżeć. A kawałki skał osuwały się w przepaść. Nie było ucieczki, żadnej drogi powrotnej, mogłam tylko przyglądać się nadchodzącemu zagrożeniu. Gdy od upadku dzieliły mnie sekundy otworzyłam oczy i usiadłam na łóżku. Ciężki oddech towarzyszył mi jeszcze przez chwilę. Byłam przerażona, bo czułam wszystko tak wyraźnie jak nigdy dotąd. Odetchnęłam głęboko kilkukrotnie i uspokoiłam kołatające się serce. Kiedy tylko palpitacje ustały spojrzałam na wyświetlacz telefonu. Siódma rano. Wszyscy już wyszli, więc znowu w domu byłam sama. Zaczynałam dopiero o 10, więc mogłam zjeść spokojnie śniadanie i wypić poranną kawę. Zrobiłam sobie tosty z dżemem i usiadłam przed laptopem, by sprawdzić jak chłopcy radzą sobie w szkole. Kuba miał same czwórki tylko WF szedł mu opornie jak to u nastolatka. Michał był od niego lepszy niemal w każdym przedmiocie. Wyjątek stanowiła tu matematyka. Nie zliczę nawet ile razy siedziałam z nim po lub tuż przed pracą pomagając mu powtórzyć materiał przed sprawdzianem. Ważne, że starał się z całych sił. Czwórka jest przecież bardzo dobrą oceną. Obaj nigdy w życiu nie zadowoliliby się niższym stopniem. W klasach są lubiani, a ja nie miałam jeszcze żadnych skarg od wychowawców. Dobre z nich dzieciaki.
Kończąc kawę, posprzątałam trochę mieszkanie i podlałam roślinki. Miałam trzy piękne fikusy, o które zawsze bardzo dbałam. Kiedyś Tomek przynosił mi róże na nasze rocznicę, ale poprosiłam go o coś co pożyję dłużej niż dwa dni i tak o to stałam się posiadaczką mojego małego ogródka.
Ubrana w eleganckie, tym razem wyprasowane, ciuchy robocze wyszłam z mieszkania i wsiadłam do samochodu. Po wczorajszym deszczu nie było śladu chmurki na niebie. Oby dzisiaj pogoda dopisała. Jadąc koło Tesco przypomniała mi się wczorajsza podwózka. Te jego oczy. Ta zieleń prześladowała mnie całą drogę do pracy. Co w nich takiego było? Widziałam je setki, tysiące razy i nigdy nie wywołały we mnie takiej konsternacji.
„Ładnie dziś wyglądasz” - zabrzmiało w moich uszach. Może to przez ten komplement? Bez sensu.
- Hej bohaterko! - wesoły głos wyrwał mnie z rozmyśleń – Coś Cię trapi?
- Hej Mike – powiedziałam uśmiechnięta – Bohaterko? – celowo zignorowałam jego pytanie.
- Gdyby mnie Ty, zapadł bym na grypę, która dziesiątkuję mężczyzn.
Zaśmiał się po czym wyciągnął dłoń z kubkiem parującej, czarnej cieczy.
- Kawka – podał mi mój zielony kubek z żabką – Taka jaką lubisz.
- Skąd..? - chciałam zapytać, ale mi przerwał.
- Emma mi podpowiedziała – szybko odparł – chciałem się chociaż trochę odwdzięczyć.
- Nie musiałeś – spojrzałam na niego – na pewno każdy z biura..
- Nikt – przerwał ponownie – Stałem na tym cholernym przystanku prawie godzinę – skrzywił się – i parę osób zdążyło mi pomachać.
- O matko! - otworzyłam szeroko oczy – Co za znieczulica.
- A może po prostu Ty masz dobre serce? - wesoło spojrzał na mnie – Wpadnę później!
I odwrócił się w swoją stronę, przelotnie machając ręką.
Stał tak godzinę. To cud, że nie złapał zapalenia płuc. Biedak.
Tym razem postanowiłam przyjrzeć mu się trochę bliżej. Oczywiście dyskretnie. Nosił białą koszulę na guziki z czarnym krawatem, Ciemne spodnie i czarne buty. Całość ładnie opinała niewątpliwie wysportowane ciało. Wyglądał świetnie. Miał ciemno brązowe włosy ostrzyżone po bokach krócej.
Przystojna twarz, mały nos i pełny, łobuzerski uśmiech – bez dwóch zdań panie za nim szalały.
Praca zleciała mi szybko, więc wstąpiłam jeszcze po drodze do Mika.
- Podwieźć Cię? - zapytałam widząc, że zbiera się do wyjścia.
- Nie mógłbym, aż tak nadużywać Twojej dobroci. - Zaśmiał się – W końcu dzisiaj nie pada. - pokazał palcem wskazującym na okno za mną.
- A jak autobus znów się nie pojawi? - wzruszyłam ramionami.
- To dobre pytanie. - udawał, że się zastanawia po czym powiedział już radośnie – Chyba mnie przekonałaś.
- Miło mi to słyszeć – uśmiechnęłam się – Zapraszam.
Siedząc już w samochodzie zastanawiałam się co mnie naszło na te podwożenie, w końcu za pierwszym razem nawet nie wiedziałam, że to akurat jego przyjdzie mi zabrać.
- Często masz takie problemy z powrotem? - zapytałam gdy już jechaliśmy w stronę domu z białym płotkiem.
- Ostatnio za często – spuścił głowę przyglądając się swoim równo obciętym paznokciom – zepsuł mi się samochód i do końca miesiąca nie mam jak wracać.
Hmm.. Jest dopiero 10 września. Koniec miesiąca jest daleko. Ile deszczowych nocy nas jeszcze czeka? Ile spóźnionych lub odwołanych autobusów? Lub ilu wariatów czai się na drogach, czy w samochodach?
Ścisnęło mnie w gardle. Czemu aż tak mnie to poruszyło?
- Nie chce się narzucać – zaczęłam – Ale możesz jeździć ze mną. Kończymy prawie tak samo, a lepsze to niż stanie na zimnej ulicy.
Wyplułam to z siebie zanim nawet mózg zdążył pomyśleć. Spojrzał na mnie zdziwiony.
- Nie przyjmuję odmowy – uśmiechnęłam się, widząc chęć zaprzeczenia w jego oczach – To jak?
- Z przyjemnością. - powiedział powoli wypowiadając każde słowo – Nawet nie wiesz jak bardzo będę Ci wdzięczny.
- Dobre serce. Zapomniałeś? - zaśmialiśmy się oboje i pogadaliśmy jeszcze chwilę, po czym stanęłam pod jego domem.
- Będę po Ciebie o 9.30. Pasuję? - zapytałam
- W tamtą stronę też? - zdziwiony odchylił głowę do tyłu – To za duży kłopot!
- Przestań – spojrzałam prosto w głębie zieleni – będę miała do kogo usta otworzyć podczas jazdy.
Uśmiechnęłam się ciepło. Przyglądając się jego zakłopotaniu.
- Jak anioł stróż – szepnął, po czym pokręcił głową rozweselony – Pasuję, do jutra.
Przytulił mnie na pożegnanie, co kompletnie mnie zbiło z tropu.
- Pa – rzucił mi do ucha i szybko uciekł.
Był taki miękki, pachniał tak ładnie i świeżo mimo 9 godzin pracy. Poczułam się dziwnie, wbrew pozorom nie były to motylki w brzuchu, ani zawroty głowy. Czułam ekscytacje, a przecież nic się nie zmieniło. Moje serce nie bije szybciej niż zwykle, moje usta nie drżą, a w głowie mam pustkę. Skąd więc ta myśl?
W domu czekał mnie mały bałagan – trochę porozrzucanych ubrań i kilka talerzy do umycia. Westchnęłam i wzięłam się za sprzątanie. Nie widziałam się z chłopcami już drugi tydzień, wiec zajrzałam do ich pokoi. Kuba chrapaniem dorównywał tacie, a Michał przytulał poduszkę. Posiedziałam chwile u każdego z osobna, gładząc ich delikatnie po włosach. Jutro wstanę szybciej i zrobię im śniadanie. Może naleśniki?
Przygotowanie wszystkiego na jutro zajęło mi 10 minut. Jak zawsze. Usiadłam w miękkim fotelu z kubkiem herbaty ziołowej i ciepłym kocem. Mimo, że nie czułam smutku zebrało mi się na płacz. Łzy powoli zaczęły spływać po mojej twarzy. Dlaczego tak jest? Czasami czuję się przygnieciona do ziemi. Słowami nie potrafię opisać tego co się dzieje w takich chwilach ze mną. Z jednej strony chciałbym aby właśnie teraz ktoś przyszedł i bez słowa mnie przytulił, a z drugiej chce być sama. Czy każda kobieta ma takie dni? U mnie przychodzą i odchodzą, ale zawsze jest mi trochę lżej po przepłakaniu kilku chwil.
Przecież jestem szczęśliwa prawda?

Comments (0)
See all