Wolnym tempem przemierzaliśmy brukowane uliczki miasteczka.
Świat wokół nas tętnił życiem – ludzie rozmawiali, mijali nas, zajęci swoimi sprawami, a ciepły wiatr niósł zapach drewna. Mimo to w mojej głowie wciąż rozbrzmiewało echo wydarzeń z przeszłości.
Ethen szedł obok, wyraźnie zamyślony. W końcu odezwał się niskim, spokojnym głosem:
– Nadal ciężko mi pojąć to, co się dziś wydarzyło… Hmm… Jak los mógł się tak nagle odmienić? Nie jest to nasza sprawka, więc w takim razie to wina Altaira.
Zacisnęłam usta.
Tylko… czy tą osobą naprawdę był Altair?
Ciężko było w to uwierzyć.
– Oprócz tego jest jeszcze jedna zagwozdka.
– Hm? – mruknęłam, zerkając na niego.
– W przeszłości, którą zobaczyliśmy, Altair nie był jedynym, który zdawał się ożyć w przeszłości. Oczywiście nikt inny nie miał jego siły, ale… tamci mieszkańcy również nie należeli do tego miejsca. – Cicho mówił, jakby sam do siebie.
Zmarszczyłam brwi. Nie zrozumiałam nic z jego wypowiedzi.
– Co masz na myśli?
Ethen dotknął podbródka, jakby ważył każde słowo.
Chwila ciszy.
– …To już nieistotne.
Zamrugałam, zaskoczona jego nagłą zmianą nastawienia.
Przyjrzałam się jego bocznemu profilowi. Wyraz twarzy miał jak zwykle chłodny, skryty. Skrzyżowałam ręce za plecami, idąc dalej, ale w głowie krążyło mi jedno pytanie: co on przede mną ukrywa?
Nie potrafiłam znaleźć odpowiednich słów, by wydobyć z niego więcej informacji. Był jak zamknięta księga.
Westchnęłam i wróciłam do wcześniejszego tematu:
– Alexandria nie jest aż tak daleko od naszego domu, jak się wydaje. Wcześniej, próbując tu dotrzeć, krążyliśmy w kółko po tych samych leśnych ścieżkach.
(Myśli Ethen’a)
Skąd ta istota miała tak potężny artefakt? Myślałem, że to tylko jedna z inteligentniejszych bestii, ale jeśli tak… hmm…
Kątem oka zauważyłam, że znów pogrążył się w zamyśleniu.
Nie było w tym nic nowego.
– Wracając do tego, co powiedziałeś wcześniej. – Spojrzałam na niego uważnie. – Chcesz mi powiedzieć, że ludzie wokół nas… wcale nie są ludźmi?
Możliwe, że totalnie nie zrozumiałam.
Ethen skinął głową.
– Dokładnie tak.
Czyli jednak miałam rację.
Serce podskoczyło mi do gardła.
To by wiele wyjaśniało… ale jednocześnie budziło kolejne pytania.
Więc kim są? Z kim rozmawiałam wcześniej?
Przecież tamta kobieta wyglądała zupełnie normalnie – jak przeciętna, dorosła kobieta, ciepła i serdeczna.
Znów niepewnie spojrzałam na Ethen’a.
Tymczasem on uniósł dłoń, a nad jego skórą pojawiło się pięć drobnych, czarnych przedmiotów. Kształtem przypominały…
…małe woreczki herbaty?
Nie, to głupie porównanie…
Mimo wszystko ich konstrukcja była niezwykle interesująca.
– Co to jest? – zapytałam, przyglądając się im uważnie.
– Pluskwy do monitorowania terenu i teleporter.
Nim zdążyłam zareagować, Ethen zacisnął pięść, a przedmioty zniknęły.
– Czekaj. – Stanęłam przed nim, blokując mu drogę. – Skąd masz takie rzeczy? Myślałam, że ta planeta nie ma dostępu do tak zaawansowanej technologii!
Spojrzał na mnie chłodno.
Jego twarz była nieprzenikniona.
Nigdy nie potrafiłam go rozszyfrować.
Mimika zdradzała tyle co nic, ale jedno było pewne – nie zamierzał mi odpowiedzieć.
– Mówiłem ci, że jestem naukowcem.
To była jedyna odpowiedź, jaką otrzymałam.
Technicznie rzecz biorąc, to wyjaśnienie było poprawne… ale kompletnie nie rozwiało moich wątpliwości.
Ethen ruszył dalej.
– Na razie musimy wracać. Po tym, co się dziś wydarzyło, mam dużo pracy do wykonania.
Kiedy dotarliśmy do domu, zapadł już zmrok.
Przez całą drogę myślałam o tym, co powiedział mi Ethen. O kosmitach. O Altairze. O tym, dlaczego nie mogliśmy się po prostu przeteleportować.
W końcu otworzyłam drzwi do naszej skromnej chaty.
Ciepłe światło lamp rzucało na ściany miękkie, przytulne cienie.
Mój wzrok od razu padł na Sydeniyę.
Leżała w poprzek kanapy, w pełni pochłonięta lekturą. Jej dłonie mocno ściskały książkę, a bordowe włosy delikatnie opadały na ramiona.
Obok niej siedział Laen.
I najwyraźniej za wszelką cenę próbował zobaczyć, co tak bardzo przyciągnęło uwagę elfki.
Sydeniya siedziała w takiej pozycji, by zasłonić nowelkę przed jego wzrokiem. Laen jednak nie zamierzał się poddać – wiercił się, wychylał, próbował podejrzeć zawartość książki pod każdym możliwym kątem.
Zatrzymałam się w progu, uśmiechając się pod nosem.
Przez chwilę po prostu na nich patrzyłam.
Zrobiło mi się ciepło na sercu.
Dopiero po kilku sekundach oboje zorientowali się, że wróciliśmy.
Ethen nie odezwał się ani słowem.
Bez chwili wahania skierował się prosto do pewnego pomieszczenia.
– O, cześć, Lytia! – zawołała Sydeniya, kiedy mnie dostrzegła.
Nie zmieniła nawet pozycji – nadal leżała, trzymając książkę w taki sposób, by Laen nie mógł jej zobaczyć.
– Późno wróciliście.
Jej głos brzmiał pogodnie.
Może i cały dzień spędziłam na dziwnych pytania bez odpowiedzi, ale przynajmniej tu, w tym domu, czekał na mnie spokój.

Comments (0)
See all